niedziela, 17 lutego 2013

SWADY LUBELSKIE

Każde środowisko, w tym środowisko graffiti, ma swoje wojenki, układziki i polityczki. Każdy chce coś zyskać, ugrać, być lepiej widocznym, być bardziej "elo" niż "yo" itd. Sam miałem różne scysje i problemy, a swoje kompleksy podobno leczę oczerniając innych. Ale tu nie o mnie (szkoda!).

Środowisko graffiti jest na próby podpinania się pod czyjś fejm bardzo wyczulone. Nieautentyczność jest momentalnie odkrywana i demaskowana. Układy wewnętrzne oparte są na zaufaniu i zasadach ulicznego etosu. Niektórych rzeczy się nie robi, niektóre się robi, ale z rozwagą. 

Na blogu SULW pokazał się wywiad z Łukaszem Kuziołą. Nie znam gościa, ale po przeczytaniu tego wywiadu wydaje mi się, że powinienem go znać. Siedzę parę(naście) lat w tym graff-biznesie i wiem, kto co organizował kiedy i gdzie, jeśli nie wiem, to wiem skąd się dowiedzieć. Nazwiska i ksywy, nawet jeśli ich nie kojarzę z twarzami gdzieś zawsze się kołaczą między rozwinięciami ekip a nejmami. A tu jakoś tak się składa, że Łukasza Kuzioły nie znam. Znam za to Igora i Cezarego i wiem co robi Europejska Fundacja Kultury Miejskiej. 

Parę lat spędziłem we Vlepvnecie, który to okres wspominam jako najciekawszy w moim krótkim życiu. Dzięki temu nabrałem wielu życiowych doświadczeń i "wzbogaciłem CV". Rozstaliśmy się w trudnym momencie i niektóre gesty nie należały do przyjaznych. Jednakże, powołując się na wspólne projekty nigdy nie wpadłbym na pomysł by przypisywać je wyłącznie sobie. Znam swój udział i mam o tym swoje zdanie, ale jak mówię o rzeczach w które byłem zaangażowany - mówię: "zrobiliśmy z vlepvnetem", jak mówię o projektach przy których mój udział był znikomy (chociażby pracownia sita, massmix i kilka innych rzeczy) - mówię - "vlepvnet zrobił/zorganizował". 

Kolega Łukasz pojechał chyba jednak za daleko stwierdzając - My - ja odpowiadamy za MOS w Polsce.

Ludzie! Róbcie zamiast gadać. I to potwierdza cytat z Zebstera na końcu oświadczenia EFMK, które załączam poniżej.

(mś)
 
W wywiadzie z Łukaszem Kuziołą na SULW (“To coś jak zjazd rodzinny” -http://sulw2011.wordpress.com/wywiady/wywiad-z-lukaszem-kuziola/) obserwujemy próbę tworzenia własnej legendy, w oparciu o przytaczanie i konstruowanie faktów, które miejsca nie miały. To rzecz niedopuszczalna, a w świecie graffiti haniebna. Dlatego w obronie wiarygodności Europejskiej Fundacji Kultury Miejskiej, którą reprezentuję oraz przez wzgląd na pracę włożoną w LFG przez wolontariuszy i partnerów przesyłam poniższe sprostowanie:

Zespół tworzący Europejską Fundację Kultury Miejskiej działa od czasu wydania pierwszego numeru magazynu Brain Damage, czyli od 1997 roku. Organizowaliśmy największe w tej części Europy imprezy - BD Jamy, Write4Gold i wiele innych. Od 2008 roku tworzymy Lubelski Festiwal Graffiti, bo naszym zdaniem Lublin to idealne miejsce dla takiej inicjatywy.

Pozyskaliśmy środki, zasoby, ubiegaliśmy się o granty, zapewnialiśmy jedzenie, noclegi, farby, zwroty za podróż oraz ponosiliśmy pełną odpowiedzialność przed zaangażowanymi w projekty firmami i instytucjami. Łukasz Kuzioła był jednym z zaufanych wolontariuszy, któremu powierzyliśmy realizację wybranych elementów festiwalu. Z udzielonych w wywiadzie odpowiedzi trudno jednak wywnioskować, co KONKRETNIE i własnoręcznie zorganizował Kuzioła. Jego wypowiedzi sugerujące, jakoby był twórcą i organizatorem wspomnianych wydarzeń są nieprecyzyjne i nieprawdziwe. Użyta w wywiadzie forma "my", bez wskazania w czyim imieniu Kuzioła się wypowiada, jest nieakceptowalną próbą przypisania sobie osiągnięć dużej grupy ludzi.

Skomplikowane projekty, takie jak LFG czy MOS, zawsze oparte są o bezinteresowną pomoc i dobrą wolę wielu osób, które poświęcają im swój czas i ciężką pracę. Dlatego uważamy, że treść publikacji krzywdzi wolontariuszy, współpracowników i partnerów, których wkład w tworzenie i rozwój LFG i MOS był równie istotny lub większy (!), niż Łukasza Kuzioły. Bez ich wsparcia nie byłoby ani festiwali ani tego wywiadu, stąd nasz brak zgody na zakrzywianie rzeczywistości.

Jednocześnie przekazujemy wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy byli z nami przez te 6 lat - zarówno dla osób prywatnych (wiecie kim jesteście) i wielu, wielu instytucji. Nie sposób tu wszystkich wymienić!

Kiedy zakładaliśmy EFKM, Akim Walta aka Zebster, człowiek-legenda, który w graffiti zrobił wszystko, powiedział nam: „W tym co robię najważniejsze jest działanie. Mnie, z nazwiska, nie musi przy tym być. Ważne aby rzeczy się działy!”. W wywiadzie z Łukaszem jest obecne tylko nazwisko. Skończmy więc gadanie i do roboty.

Cezary Hunkiewicz Europejska Fundacja Kultury Miejskiej(m.in. Brain Damage, Lubelski Festiwal Graffiti, Brain Damage Jam 2002-2004, Write 4 Gold 2003-2004, Meeting of Styles Polska 2011-2012, Brain Damage Gallery).


wtorek, 12 lutego 2013

MOSTEK ZAKOCHANYCH

Zbliża się różowe święto. I nie jest to święto suczego różu, nie są to kolejne urodziny Vlepvnetu i nie jest to parada równości. Zbliża się najbrzydsze i najbardziej badziewno-tandetno-ultrabazarowe święto - świętsze od pope'a (nie od Popka), który nie wytrzymał.

Oczywiście chodzi o tzw. walentynki. W związku z tym miasto stołeczne Warszawa postanowiło oddać hołd tej pięknej tradycji umilając nam (znaczy nam nie, bo jak wiadomo siedziba redakcji jest w Jaśle) przestrzeń publiczną jakże wspaniałym dziełem. Ozdobiony został otóż mostek nad rzeczką opodal krzaczka - ozdobiony został sercami z metalu i plastyku (gdzie jesteś plastyku!) i donosi o tym bezpłciowo i bez cienia wątpliwości Gazeta Stołeczna. Tak, to ta sama gazeta, która potrafi ubolewać nad dobrze wykaligrafowanymi tagami czy paroma rooftopami GBR. Dzięki!

Dzieło zwane mostkiem zakochanych oscyluje między małą architekturą, miejskim meblem, gównem a brzegiem pucharu. Uderzamy więc w puchara pełnego rozlanych łez nad kolejną inicjatywą urzędu dzielnicowego Wilanów. Bo mostek stoi nad smródką zwaną potocznie Potokiem Służewieckim w miasteczku Wilanów. Dobrze, że ktoś pomyślał o takiej zimowej atrakcji w tym miejscu, bo przecież latem działa plaża Wilanów pełna banerów, namiotów, plastikowych kubków i wymiotów, więc potrzeba czegoś całorocznego o klasie porównywalnej z halą markpolu. Jan Sobieski i Marysieńka przewracają się w grobie. Swoją drogą mogłaby się na ten mostek przewrócić jeszcze ta metaloplastyczna buława Sobieskiego.

Brak mi słów jak zwykle. Może abdykuję. A może poproszę 1508 o interwencję twórczą (podobno mają miotacz ognia).

Oczywiście w ramach otwarcia mostka przewidziano festyn. Zagra Marek Kościkiewicz i będzie mapping. 

I będzie możliwość wieszania kłódek, bo przecież możliwość wieszania się jest zawsze.

(mś)


poniedziałek, 11 lutego 2013

WYŚCIG TRWA

Jak co roku przyszedł czas podniosły i wzniosły dla wszelkiego rodzaju fundacji - czy to fundacja sztuki miasta, czy fundacja streetartu polskiego czy w końcu fundacja "mam skillsy". Jak grzyby po deszczu w ostatnich dwóch latach w każdym liczącym się na street scenie mieście powstawały instytucje trzeciego sektora chętnie sięgające po modny i przystępny dla gawiedzi street art. 

Na fali unijnych środków "na kulturę" powstało sporo instytucji, które promują kolegów (tak też to robimy) o marnych umiejętnościach, lub przypinają łatkę street animatorom i niedoszłym artystom, którzy spełniają się w warsztatach (nie jestem przeciwny warsztatom). Sporo naszej wspólnej kasy poszło na projekty bez projektów (czyt. bez wcześniejszych setek zamalowanych kartek), czyli przedsięwzięcia, które mimo słabej wartości artystycznej przeszły tylko dlatego, że dostały maksymalne oceny formalne wniosków a merytorycznie opierały się na dobrze przeprowadzonej analizie SWOT. Sprawny wnioskujący jest w stanie pozyskać finansowanie dla największego banału, tylko dlatego że dobrze ma obcykane schematy działania dzisiejszych grantodawców. Sami natomiast grantodawcy też oceniają projekty głównie wg określonych w regulaminach procedur bez wsparcia ekspertów w danych dziedzinach (bo to są dodatkowe koszty). W Warszawie funkcjonują tacy eksperci, ale niestety w dużej mierze pro publico bono - osoby, którym zależy na kulturze, zarzynają się aby nasze otoczenie nie zostało kompletnie zjedzone przez mechanizmy kapitałowo-decyzyjne.

I tak w tym roku z MKiDN tzw. granta w wysokości 70 tys.PLN dostał m.in. Łódzki Dom Kultury na kontynucję projektu "Graffiti – sztuka miasta". I tak na stronie Graffiti-sztukamiasta.pl czytamy w zakładce - cele projektu - W polskich miastach, na każdym kroku, można znaleźć wiele przykładów nielegalnego graffiti, które niszczy i szpeci mury. Prowadzi to do wniosku, że niezmiernie ważne jest edukowanie młodzieży z zakresu estetyki oraz wychowywanie w poczuciu odpowiedzialności za przestrzeń publiczną.  Idąc tym tropem zaczyna nam się roztaczać wizja naprawdę interesująca. Uczymy estetyki, słuchamy wykładowców i artystów ASP - jednym słowem będzie ciekawie. I tu warto przejść do zakładki - artyści. Obok takiej legendy jak Egon Fietke (Hats off!) pojawiają się Saulik czy Tonek. Ten pierwszy to jak czytamy: Prawdziwy multiartysta: malarz, beatboxer, tancerz, happener. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, który swoją pracę magisterską poświęcił wrocławskiemu street artowi. Członek zespołu  Me Myself and I, który brawurowo dotarł do finału programu „Mam Talent”, prezentując szerokiej publiczności utwory w zupełnie nowej konwencji – beatboxu. Obecnie Saul realizuje się artystycznie wcielając się w rolę Jamesa Bonda w rewii „Ścigając zło” we wrocławskim Teatrze Muzycznym „Capitol”. Jak to nawinął kiedyś dawno Warszafski Deszcz w kawałku "To ma pływać" o takich multiinstrumentalistach - 
 Znam takiego co nazywam go spółdzielnią hip-hopową
Robi wszystko prócz jednego nie rusza głową
Wszystko robi naraz wszystko ma zjebane
Wrzuty robi skrecze robi robi nawet taniec  

O tym drugim też można się dowiedzieć parę okrągłych słów: Znany wrocławski malarz uliczny. Specjalizuje się w muralach dla dzieci o tematyce zwierzęcej tworzonych w stylu komiksowym. Posługuję się puszką, pędzlem, wałkiem. Znany? Wrocławski? Znam paru znanych wrocławskich, właściwie wszystkich - i żaden z nich nie jest Tonkiem i nie robi murali dla dzieci! Co to w ogóle jest za pojęcie - murale dla dzieci. Znaczy Kubusie Puchatki w przedszkolach i Franek Mysza ze skakanką.

Na koniec w celach projektu czytamy to co najlepsze czyli wynik analizy SWOT - Wszystkie etapy projektu „Graffiti – sztuka miasta 3” wzbogacać będą imprezy o charakterze rodzinnego festynu z happeningami, zabawami artystycznymi i konkursami oraz spotkaniami z twórcami street artu, hip-hopu i beatboxu. Czyli jak zwykle dla wszystkich, czyli dla nikogo. Aż boję się czytać dział - TROCHĘ TEORII. Stop - jednak zajrzałem....i wam też polecam - szczególnie akapity o powstaniu listopadowym :) - http://graffiti-sztukamiasta.pl/?page_id=1019

Proszę Was Drogie Ministerstwo KiDN - proszę jeszcze raz o trochę kultury. Kultury, która nas wzbogaci i otworzy horyzonty, a nie tylko sfinansuje kolejne obrazki o infantylnej treści i estetyce rodem z chińskich fabryk zabawek.

(mś)



 


sobota, 2 lutego 2013

ZATRZYMAĆ KARTEL

W Warszawie na Kruczej otworzył się (a może już tam był kiedyś) salon, sklep, butik (powoli te słowa wchodzą do słownika mowy nienawiści) firmy Kartell. Kartell zajmuje się ładnymi meblami i eleganckimi dodatkami do mieszkań, o przepraszam, apartamentów bogatych mieszczan
.
No i jest to sklep, którego wiele oddziałów rozsianych jest po całym świecie. Kartell to taki kartel z dobrym wzornictwem i misją zapełnienia naszych przestrzeni prywatnych meblami na poziomie, zaprojektowanymi przez wybitnych dizajnerów, wykonanymi z najlepszych materiałów za duże pieniądze. To tyle product placementu.

I ta firma otworzyła sobie w Warszawie sklep. I taka jest fajna i odpowiedzialna, że nie zrobiła sobie w porozumieniu z wydziałem estetyki, wspólnotą czy kimśtam, zajebistego estetycznego szyldu, tylko na balkonie prywatnego mieszkania piętro wyżej pierdolęła sobie baner! Nienawidze ich za to. Zero poczucia smaku, zero estetyki. I tak jak napisali "nasi przyjaciele" z 15W08 - Gwałcicie nas swoimi kampaniami reklamowymi. 

Mr. Ściechowski


środa, 30 stycznia 2013

DO WIĘZIENIA ZA ZIENIA

No tak. Po pierwsze gratulujemy odwagi i finezji grupie podpisującej się jako 15W08. Znaczy tak nam się i wam wydaje, że to grupa. Tak samo dzięki temu że zaistniał taki blog - 15W08 od razu wydaje nam się, że autor bloga i autor kolorowych plam na Mokotowskiej w Warszawie to ta sama osoba. Nie dość tego wielu z nas wydaje się, że można go namierzyć po adresie IP i od razu go policja złapie!

Cóż za wielkie oburzenie wśród narodu. Oblano farbą i zniszczono (tak! zniszczono) butik Zienia. Więc od razu bez wątpliwości cienia powiem tak - butik Zienia jest w środku w kamienicy a nie na zewnątrz więc koniec końców nie ucierpiał (a dziś rano szyby były już umyte). Więc drodzy moi oburzeni tym aktem - może nie ma nad czym płakać. Zień już czysty. Jakoś nikt nie żałował agencji nieruchomości Lion King i salonu z charytatywnymi (taaa) bransoletkami. Dlaczego? Bo może w tym wypadku (obcy - azjatycki - kapitał na rynku naszych nieruchomości lub "komercyjna działalność a la trzeci sektor" salonu Lilou) obrońcy Zienia uznali atak farbą za słuszny.

Oczywiście pomijam setki komentarzy typu "uciąć ręce", "pomaluj matce solarium" czy "to zwierzęta nie aktywiści". Nie ma co rozkminiać krzykaczy. Ale z drugiej strony setki myślących, opiniotwórczych osób, nie próbuje w żaden sposób zanalizować pobudek i celów "grupy" 15W08. Ludzie pochylają się nad tą farbą i tylko na tej jednej kamienicy. Pochylają się nad jej kolorem ucinając krótko wszelkie dysputy - to na pewno komuniści. W takim razie witrynę nieruchomości Lion King pomalowały pedały, bo na różowo. Pochylają się nad kamienicą jako zabytkiem, zapominając dla kogo się restauruje zabytki w centrach wielkich miast (na pewno nie dla dziedzictwa kulturowego). Czy nie przypadkiem dla bogatych (często zagranicznych) turystów i klientów?

Oj boimy się dyskusji na temat, który chce poruszyć 15W08. Boimy się tego, że możemy się zgadzać z tymi poglądami. Boimy się przyznać, że wiemy że świat opiera się na wyzysku i nierównościach, bo jest nam w tym układzie wygodnie.

W tej dyskusji uciekamy się do głupiego moralizatorstwa. Do argumentów - "zrobili to dla poklasku" (te dzieciaki z bogatych domów). Dlaczego piszemy - ktoś za to odmalowanie zapłaci? Czyli martwimy się znowu tylko o pieniądze. A może było warto jednak wywołać dyskusję na różne tematy? I ukryty, niepoliczalny zysk jest dużo większy od kosztów naprawy tych elewacji. Dlaczego wywyższamy się pisząc, że nam się to nie podoba. Wiemy lepiej jak komunikować społeczne problemy,  umiemy dbać o zabytki itd. Mi też się nie podoba dużo rzeczy (ponad sto postów jest już na ten temat) - ale to nie znaczy, że jestem lepszy! To, że nie mówimy głosem mainstreamu nie powinno nas stawiać poniżej tego nurtu tylko raczej obok, równolegle. Dlaczego Pani Kubisa w krytyce politycznej pisze ironicznie - Najważniejsze, że kapitalizm ma za swoje. Niech popamięta! - naprawdę myśli, że to jest jakaś zemsta? Że pobudki są tak niskie?

W artykule Anny Wittenberg na portalu natemat.pl wypowiadają się uczeni. I tak dr Łukasz Jurczyszyn mówi - sklasyfikowałbym działalność tej grupy jako jedną z nowych form przemocy. Przemoc to działanie, które bez przyzwolenia drugiej strony ma wpływać na jej zachowania lub tok myślenia. Jeśli założymy, że działanie 15W08 ma wpłynąć na postawy i kierunki myślenia niektórych grup osób w taki sposób aby całość społeczeństwa miała lepiej, to może ta przemoc jednak ma swoje uzasadnienie. 

Podejrzewam (i mam nadzieję, że się nie mylę), że tzw. klasa bogata czy uprzywilejowana również w głębi swojego rozumu (vel duszy) chce dobra dla całości społeczeństwa. Czyli znamiona przemocy nie występują, bo nie ma braku przyzwolenia na wywieranie wpływu na zmianę kierunku myślenia. Jeżeli jednak zachodzi "brak przyzwolenia" na wpływ osób trzecich na sposób myślenia  grupy "uprzywilejowanej" to dlaczego grupa taka jest właśnie uprzywilejowana. Dlaczego pozwalamy (my społeczeństwo) na to aby elity pozbawione były umiejętności słuchania reszty i kształtowania obowiązujących kierunków z uwzględnieniem wielogłosu? 

Dr Jurczyszyn mówi dalej, że ich komunikat jest niejasny. W tym, co piszą na blogu widać elementy marksistowskie, anarchistyczne, także feministyczne.(...) Wszystko jest lewicowym misz-maszem. I wykazuje się sam zamknięciem na rozumienie nowych postaw, na płynność idei. Żyjemy w czasach misz-maszu, żyjemy w czasach samplingu nie tylko muzyki ale również idei. Jesteśmy w momencie formowania się nowych kierunków społecznych w oparciu o burzliwe doświadczenia XXw. (w tym błędy elit ostatnich kilkunastu lat).

Anna Wittenberg w tym samym tekście powołuje się na postać naszego ulubionego Banksy'ego. Od grafficiarza do artysty. Z tym, że o ile w sensie merkantylnym Banksy "dostosował" się do potrzeb mainstreamu tak jego narzędzia pozostają ciągle w tej samej poetyce. Przywołuje również case Kidulta, którego z kolei środowisko ciągle podejrzewa o działanie czysto prorynkowe, tzn. że jego litery na butikach Paryża były po prostu zamówione (nie wiemy jak było). 

I zostaje jeszcze wypowiedź dr hab. Rafała Chwedoruka - Gdyby ci ludzie chcieli przeprowadzić autentyczną prowokację, mogliby spróbować jak finansowani przez Jimmiego Hendrixa działacze rozrzucać banknoty w budynku giełdy i patrzeć, czy maklerzy odkleją się od biurek i będą je łapać powodowani własną chciwością, czy jednak zostaną przy komputerach. Panie doktorze skąd ta postawa?  Dlaczego Pan mówi co "powinni" i dlaczego mają robić to samo co 40 lat temu? Pokazuje w ten sposób anachroniczny sposób myślenia i sugeruje by bunt był czytelny, dzięki czemu, będziemy mogli go łatwiej kontrolować. My mądrzy i przez to lepsi pokazujemy innym co mają robić (tu się podkładam oczywiście bo na tym blogu sam uprawiam tanie moralizatorstwo często). 

 – Być może działania 15W08 to epilog dla kultury graffiti, która zaczęła się jako bunt przeciwko komercjalizacji publicznej powierzchni, a skończyła jako jej część - mówi dalej Chwedoruk. Kultura graffiti nie wyrosła z buntu przeciwko komercjalizacji przestrzeni publicznej. Kultura graffiti próbowała sama się skomercjalizować udając bunt przeciw komercjalizacji przestrzeni i jej się to w pewnym stopniu udało i weszła do mainstreamu. Ale na pewno się nie skończyła!

Od dziś będę podpisywał swoje posty. Tak mi sugerują wszyscy, którzy już dawno wiedzą, że to ja piszę (!). Te niepodpisane nie będą mojego autorstwa. 

Mateusz Ściechowski





poniedziałek, 28 stycznia 2013

STREET ART vs NAUKA

Zima zima zima pada pada bing. Nie dzieje się nic specjalnie na stricie więc art z public space przenosi się do ośrodków akademickich, by nabrać powagi. W październiku pisaliśmy o konkursie chorzowskiego AGH. Więc już wtedy tzw jaskółka była na rzeczy (super jest być dziennikarzem, bo można tworzyć takie  konstrukcje stylistyczne, o których dadaistom się nie śniło).

W ślad chorzowskiego AGH idzie AGH z Krakowa (uwielbiam panametropolitalne ekipy) i planuje ogłosić konkurs na mural, który ozdobi nowy budynek przy ul. Czarnowiejskiej w którym będzie centrum e-learningu. Może więc wystarczy e-mural. Chcemy oczywiście by mural koncentrował się na tematyce naukowej (...) ma to być miły dla oka, kolorowy element - mówi Bartosz Dembiński, rzecznik AGH (ciekawe czy EWC albo GBR mają swoich rzeczników). Dembiński uważa, że to jeden ze sposobów aby przyciągnąć na uczelnię studentów. Serio? Serio obrazkiem na ścianie przekona ludzi, żeby studiować na AGH? Humanizmem i sztuką namówić umysły ścisłe do nauki?

Dobra, bez sensu jest to pisać wszystko...powtarzać się...zużywać drogie litery...Ale czekamy z niecierpliwością na ogłoszenie tego konkursu, bo pewnie się zgłosimy.


wtorek, 15 stycznia 2013

PRISON FOR NO REASON

O fuck! zakląłem szpetnie gdy przeczytałem na stronie mmpoznań o wspaniałej, wielkodusznej i resocjalizującej niczym zamiatanie chodników w przedszkolach, inicjatywie. Właściwie to mnie to oburzyło, że jeszcze przed przeczytaniem rzeczonego artykułu zacząłem pisać tego posta.

W czasach gdy Poznań karze i prawie obcina ręce wrogom publicznym piszącym swoje krótkie imiona po murach miasta, tuż pod naszym nosem, na naszych oczach dzieją się takie rzeczy. Otóż SW (to nie jest crew z Berilina) - czyli Służba Więzienna - w mieście Poznań - sama postanowiła zatrudnić grafficiarzy aby pomalowali mury spacerniaka. Jak dowiadujemy się z artykułu po burzy mózgu z udziałem przedstawicieli SW i "grafficiarzy" postanowiono namalować - pszczółki.

Jakie, kurwa, pszczółki? Dlaczego pszczółki, co to ma symbolizować takim miejsku jak ZK (zakład karny)?  Czemu nie można było chociażby sprawdzonych myszek i kotków ogarnąć z Katowic (nawet mają infolinię na 0700)? Dlaczego w więzieniu malujemy pszczółki? Miodek? Pasieke? Załamany jestem i mam nadzieję że do tego ZK w Poznaniu nigdy nie trafię. Co to ma dać tym biednym (oczywiście niesłusznie skazanym) osadzonym? Ma im przypominać wesołe beztroskie życie? Czy może żeby zabierali dupe z tego spacerniaka i do roboty jak pszczółki? Nie rozumiem.

....Dobra chyba rozumiem. Chodzi o paski na ciuchach? Że są podobni tak?

Nie dość, że ta tematyka jest jaka jest (no ale dooooobra, nie będziemy przecież malować im tam siekier i kastetów) to jest to taki kicz, że płakać się chce. Tym biednym zdemoralizowanym więźniom naprawdę nie trzeba jeszcze uprzykrzać życia kiepsą pseudo sztuką. Na dużo wyższym poziomie połowa z nich ma dziary zrobione! 

I jeszcze zdanie, cytat z artykułu: Niestety, nie udało nam się ustalić, co o nowym spacerniaku myślą osadzeni aresztanci. Może i dobrze...






czwartek, 10 stycznia 2013

PO CO TO KOMU

Są inicjatywy dobre i złe. Są też inicjatywy potrzebne i niepotrzebne. Z tym konkretnym mam problem. Bo choć (pewnie) dobre to niepotrzebne zarazem. Albo potrzebne, tylko nie wiadomo komu. 

O czym mowa? Ano o kolorowance. 

Zawsze miałem z nimi problem, bynajmniej nie z ich wypełnianiem. Po prostu dziwiła mnie ta moda na zachodzie i zawsze podejrzliwie traktowałem ich obecność na półkach z „Art&Design”.Że niby grafy zatoczyły koło? Wiadomo. Że nic nowego się nie wymyśli? Wiadomo. No więc zróbmy książeczkę ze szkicami... A nie sorry! Te przecież już wydawał Stylefile. Nazwijmy to kolorowanką. Dla dzieci, co nie? 

Naprawdę sądzicie, że to dla dzieci będzie fun? For real? Kolorować czyjeś wrzuty. Ja dziękuję. A może to prowokacja. Bo tytułowe graffkids to, nie czytelnicy, ale autorzy. Chodziło o zabawę, klasyczny skech session? Tzw „fundamentals”? Nie wiem. 

Pytam córkę koleżki: „Co o tym sądzisz?”
- „Jakieś to przaśne”. 

Nieźle jak na dwulatkę. 


niedziela, 6 stycznia 2013

UH NA ZLECENIU. CZYLI NASZA ORYGINALNOŚĆ JEST BARDZIEJ ORYGINALNA NIŻ WASZA.

Długo czekaliśmy na właściwy moment, żeby napisać ten tekst. Tak ważny i osobisty. Coś jak coming out. Dlatego liczymy (hajs), że dorośliście, a forgot to grow up macie za pusty slogan.
 
To już dziś. Pora na laurkę dla nas. Przechwałki (hajs). Jedziemy...

Od dłuższego czasu dostawaliśmy liczne maile, a także tradycyjną pocztę tzw. analogową, w której zwracano się do nas z pytaniami i prośbami o radę - jak w należyty sposób wykorzystać graffiti w świecie biznesu i marketingu. Wiemy, że wielu próbowało podjąć ten temat i poległo nie będąc w stanie udźwignąć ciężaru karkołomnego zadania. O wielu takich próbach pisaliśmy, o wielu jeszcze napiszemy.

Oczywiście mieliśmy opory. Czy się zgodzić? Czy za wiele nie stracimy, czy naprawdę warto?Ostatecznie ulegliśmy. Zrozumcie to dobrze - honorarium było na tyle wysokie, że mogliśmy całą ekipą wyskoczyć do Krasnobrodu na narty, na cały weekend, a jeden z nas mógł wziąć nawet dziewczynę (niestety ponieważ jej nie miał wydaliśmy dodatkową kasę na jedno siedzenie w busie, żeby mieć więcej miejsca na nogi).

Ale do rzeczy. Spośród wielu próśb o wsparcie wybraliśmy tę z Lublina. Uznaliśmy, że możemy zbudować spójną komunikację, znaleźć target i mieć uzasadnienie do działań w kontekście samego miasta, bo przecież tam odbywają się Meeting of Styles i Lubelski Festiwal Graffiti. Imprezy o bardzo oryginalnych nazwach, eventy-symbole dla polskich Artystów Graffiti. (Swoją droga ile ideologii można dopisywać do zwykłych jamów, co nie? Ale o tym później).

Po tygodniach konsultacji, badań rynkowych, zleceniu analiz na grupach docelowych, a także intensywnemu inwigilowaniu środowisk strett-artowo/graffito/szablono/wlepkowo/streetowych zaproponowaliśmy bardzo odważny projekt. Uważajcie i skupcie się: Chcieliśmy aby młodzi fotografowie wykorzystywali jako tło do swoich zdjęć prace graffiti! Wiemy, że dla wielu z was to szok i zastanawiacie się dlaczego nikt z was na to nie wpadł wcześniej. Cóż, tak się dzieje z najlepszymi i najoryginalniejszymi pomysłami - wydają się oczywiste dopiero kiedy widzi się je u innych. Nasi zleceniodawcy byli w równie wielki szoku jak wy teraz. Ale w końcu ulegli sile argumentów.

Na początek ruszyliśmy temat ze znanym fotografem, którego nazwisko na pewno, przynajmniej części z was, coś powie - Sikora. Kiedy do tego dodamy imię nie wychodzi Tomasz Sikora, tylko Sikora Rafał. Ale liczy się nazwisko (i hajs), a nie imię. Zaproponowaliśmy mu, by swoje modelki w bardzo subtelnych i artystycznie wyszukanych pozach sfotografował na tle wrzutów, tagów i obdrapanych ścian. Kontrast chyba jest oczywisty. Delikatność kobiecego piękna zestawiona z siłą miasta i witalnością młodzieży przeprowadzającej swoje nielegalne, artystyczne działania. Projekt spotkał się z tak dużym, pozytywnym odzewem i zainteresowaniem, że zdjęcia z sesji zdjęciowej trafiły na wystawę w lubelskiej Galerii Plaza (hajs), czyli w GalMoku Polski B. Przy okazji możecie zrobić tam zakupy, bo przecież zaczął się sezon wyprzedaży.

Po udanej akcji z Sikorą ruszyliśmy dalej. Dlaczego tylko sesje artystyczne? Niech będą też modowe. Tak powstała ta seria zdjęć: http://bo4go.blogspot.com/2012/08/meeting-of-styles-2012-w-lublinie.html Jak widzicie jest dużo bardziej odważna i niegrzeczna. Na jednym ze zdjęć widać, jak model inscenizuje czynność fizjologiczną na pracę (a może on robi coś innego?). Tak! Postanowiliśmy być niegrzeczni i kontrowersyjni do końca! Proponowaliśmy kilku polskim markom kojarzonym z tzw. streetem wejście w taką sesję ale między innymi Turbokolor i Mleko odmówiły uznając to za nazbyt odważne i zbyt mocno przełamujące schematy. My jednak się nie baliśmy! Zdjęcia te zrobiono na tle ścian powstałych podczas Meeting of Styles, więc jest na prawdę mocno i ulicznie.

Jak widzicie można fajnie i z klasą połączyć graffiti i biznes czy prawdziwą sztukę. I to w tak przełomowy sposób - nawet w 2013 roku! Nie bójcie się pytać i prosić nas o wsparcie - te dwa przykłady pokazują, że Lublin (hajs) znany dotychczas głównie z Beaty Kozidrak (hajs) i Budki Suflera (hajs) może stać się naszą stolicą graffitografii, czyli połączenia graffiti z fotografią reklamową lub artystyczną. Na oryginalność nigdy nie jest za późno.

Nasze konsultacje w Lublinie zaowocowały kilkoma rewelacjami, o których już niebawem. No chyba, że ktoś się wykupi (hajs).







sobota, 5 stycznia 2013

PLAC im.

Są różne sposoby czytania i rozumienia historii. Zarówno ze strony interpretacji faktów jak i traktowania historii tylko jako dokumentacji. Można gest nazywania ulic rozumieć jako polityczną deklarację, albo jako dokumentację historii. Można upamiętniać miejsca nie nadając im rangi nagrody za zasługi czy miejsca składania hołdu jakiejś postaci historycznej. 

Warszawskie SLD zaproponowało by jedno z rond w centrum nazwać imieniem Edwarda Gierka.

Jakkolwiek uważam, że stawianie nowych pomników postaciom negatywnym czy trudnym (jak chociażby Dmowski) nie jest najlepszym sposobem, tak ich wyburzanie lub zmiana nazwy nie zawsze ma jednoznaczny wymiar. Przypomina mi się historia obecnego placu Piłsudskiego, przed rokiem 1990 Placu Zwycięstwa, dawniej Adolf Hitler Platz, a wcześniej Placu Saskiego z rozebranym w latach 20 XX wieku okazałym Soborem prawosławnym. Tu sterowanie historią przy pomocy miasta następowało, zarówno przy rozbiórce soboru jak i przy późniejszych zmianach nazwy, z podobnych pobudek, ale miało różny wydźwięk.

Historia współczesna (ta żywa w naszych umysłach i sąsiadach) w Warszawie, mieście nią przesiąkniętym, zjawia nam się pod różnymi postaciami. Od tablic upamiętniających rozstrzelania, przez old-stylish pomniki, po murale okolicznościowe. Każda z nich przekazuje nam treść. Czasem ważną czasem wzniosłą, a czasem tylko patetyczną. Dlaczego więc nie mogą mieć wydźwięku żartobliwego lub pointującego niczym palma Rajkowskiej? Okolice dworca centralnego są jak najbardziej gierkowskie, przypominają czasy taniego prestiżu lat 70. Rondo Gierka, pokazałoby dystans do historii i było kontrapunktem dla ronda de Gaullea z ka-ce (nie wiem jak się w końcu nazywa ten obiekt teraz) i palmą podsumowującą pierwsze dziesięciolecie po transformacji. Zaraz przypomniały by się wierszyki z cukierkami i weszły inne nazwy potoczne. Z resztą miejsce samo w sobie jest mało ciekawe - samochody, estakada, światła, hałas, ciasno. Miejsce nie jest reprezentacyjne. Pomimo świetnej architektury Dworca Centralnego czy sąsiedztwa skyscraperów rondo to ma funkcję wyłącznie komunikacyjną dla transportu kołowego, przy czym piesi sprowadzeni są pod ziemię. Poważniejsi czy ważniejsi potencjalni patroni nie byliby pewnie zachwyceni taką lokalizacją, a Kazimierz Górski (poprzednia propozycja SLD) wolałby pewnie stadion, albo ośrodek sportowy. Inżynier Gierek (bo przecież przeważnie występował w kasku lub z kaskiem w dłoni) nadaje się jak ulał, pasuje jak szalunek.

Ale nie wierzę politykom. Nie sądzę aby mieli podobne do moich pobudki. Myślę więc, że to nie jest przemyślana decyzja radnych SLD tylko partykularny gest mający przełożyć się na wyniki z lokali wyborczych.

Za mało true schoolu jak dla mnie.


piątek, 4 stycznia 2013

SZALONE KOMARY

Teoretycznie znaleźli się w naszym rankingu, ale do tej pory było o nich cicho. Madmosquito to ekipa z Kielc i jak na scyzoryków przystało są prawilni do bólu i sztywniutcy niczym wykrochmalone kołnierzyki na komunię. 

Dla mnie osobiście to jest odkrycie roku (tak już dziś po niecałych 4 dniach!).  Madmosquito mają fanpage na fejuniu i mówi o tym 6 osób. Czym tak nam podpadli, czym się wkupili w łaski naszego rozbuchanego ego? Przede wszystkim świeżym miejskim, z miejskiej kasy muralem z Kielc. Jak donosi portal mojemiasto: Niesamowicie wypiękniała ulica Warszawska od strony kieleckiego Rynku......Grafika tu umieszczona zachęca do odwiedzenia zabytkowej części miasta. Mural został ukończony w ostatnich dniach. Zobaczcie jak pięknie zdobi centrum....

No dobrze, trudno się nie zgodzić z niektórymi stwierdzeniami. Jest niesamowicie - tyle, że niesamowicie źle, mdło i bezpłciowo. Dalej robi się wątpliwie. Umieszczona grafika (dobrze, że jest napisane "umieszczona") na pewno nie zachęca do odwiedzenia zabytkowej części miasta. Nie polecam, fioletowe kamieniczki, wzgórza, latające papugi. Sen chorego scenarzysty. Ciekawe co ćpali na podnośniku, bo po browarach maluje się inaczej (prawda Mariusz?). 

Złe komary kręcą też wideo. Mają sporo polotu i radosnego podejścia do życia. Dla przykładu cytuję: W natłoku wszelakich spraw i obowiązków prawie o tym zapomnieliśmy ... Nasza realizacja z sierpnia tego roku dla gabinetu "Vena Stomatologia" specjalizującego się w implantach i nie tylko. Jak do dentysty to tylko tam! Pan Bogdan wie co robi a przy tym to mega wesoły człek z zajawką... Ps. Wczoraj skończyliśmy mural więc niedługo wam go pokażemy za pomocoą video które udało nam się ukręcić podczas malowania...Stay tuned! Panie Bogdanie! Gratulacje. Dzieki Panu i komarom kolejne pokolenia scyzoryków nie będą wiedzieli co to jest estetyka, smak itd. Chyba, że mówimy o dobrym smaku implantów.

Dla osób zainteresowanych grafiką użytkową polecam gorąco logo "gruby kot" autorstwa tychże mosquitieros. Mamy również nadzieję, że 2013 przyniesie nam dużo radości.

 



czwartek, 3 stycznia 2013

TO JEST RANKING

To jest ranking. Prosto z ulicy. Krótko i na temat. Głowić się nie będziemy, ani życia na bogato wstydzić. Ten ranking jest i jest obiektywny*.

NOMINACJE

Twórca roku.
1. M-City: za murale bez treści (http://www.youtube.com/watch?v=2cPspOhTh1A) (55:03)
2. Artur Wabik: za treść bez murali (http://www.youtube.com/watch?v=2cPspOhTh1A)
3. „Artyści światowej sławy”, jako ciało zbiorcze: za ckliwe czołówki i duże wierszówki (nominacja także w kategorii „cytat roku”).

Dzieło roku
1. Paczkowski Dariusz „Nikt nie rodzi się bohaterem”:  za kreatywne podejście do tematu (http://www.eastnews.pl/pictures/subject/id/01021983/section/news)
2. Swanski&GoodLooking „Garażu wielopoziomowy w centrum miasta zrobię z Ciebie największy mural w świecie”: za komentki i gratki. Mua* http://sphotos-d.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-snc6/264837_410717838985796_1488652450_n.jpg
3. MADMOSQUITO „Sześćdziesiąt tysięcy złotych”: za debiut roku, pompę roku, projekt roku. http://www.echodnia.eu/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120921/POWIAT0104/120929776

Człowiek roku
1. Marcin R: za rzetelność i wiedzę. Za Marketing i Zarządzanie.
2. Wabik Artur: za ducha, dobre słowo, chęci i skillsy. Za nienaganne prowadzenie. Się.
3. Bonksy: za to, że jest (http://sosm.pl/wp-content/uploads/2012/10/18AMS_082-1.jpg)

Produkt roku
1. Absolut: za klimat tej fotki, foteczki http://grafik.rp.pl/grafika2/958072,1028509,16.jpg
2. UH, za sprawne rozliczenie przelewów od Desy i Rempexu. Wykorzystanie dotacji z MKiDN. Za wywiązanie się z umów sponsorskich z Polsatem.
3. NeSpoon Collection - za wielopłaszczyznowy przekaz, szczerość wypowiedzi artystycznej. W Polsce i Europie. http://nespooncollection.blogspot.com/


Marszand/Kutator Roku
1. Joanna Dziewulska, bo: „Osobnego kierunku przygotowującego do zawodu marszanda w Polsce nie ma. - Trzeba mieć dużo zainteresowań i przede wszystkim znać się na sztuce - radziła potencjalnym kandydatom”.
2. Michał Be., za swój wkład w umowę Os Gemeosów z Luis Vutton „wiem wiem, wiem już od sierpnia. Poniekąd dołożyłem do tego swoje 3 grosze, drukując, skanując podpisaną i wysyłając do NY umowę z Louis”.
3. Znowu On: bo „Sztuka w przestrzeni publicznej, w szczególności zaś wielkoformatowe malarstwo naścienne, stanowi ogromne wyzwanie dla każdego twórcy. Spektakularna realizacja w tej domenie może zapewnić zainteresowanie mediów, uznanie krytyków i ustalić kierunek dalszej twórczości.”. Galeria Krakowska inspiruje, wyznacza nowe trendy i jest otwarta na nowoczesną sztukę.

Nazwa roku
1. „Cały ten street art”: za to, że akurat tam był cały.
2. „Sztuka chłodzenia”: za naprawdę potrzebną inicjatywę „Połączenie sztuki z przedmiotami codziennego użytku. Zamiast płótna, lodówki...”
3.  Wall Street Festival 2012 - Festiwal Sztuki Ulicznej w Świętochłowicach za proporcjonalność nazwy i konsekwentny program” „Bębniarze, szczudlarze, teatry uliczne, finaliści programu „X Factor” - Gienek Loska oraz „Mam talent”- Tomek Nieradzik, Molo i Frodo oraz wielu innych artystów...”


LAUREACI 2012


Twórca roku - Nagrody nie przyznano.

Dzieło roku - Wściekle pijane MOSQUITO

Człowiek roku: http://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Wabik (jednym kosmykiem włosów przewagi)

Produkt roku: Kolekszyn

Marszand/Kutator Roku: Człowiek, który pokolorował Łódź

Nazwa roku: Ex aequo


Wyróżnienie: Festiwal Roku 2012...

.... Polska za największą liczbę szitart festynów na Ziemi.



Wszystkim wyróżnionym szczerze gratulujemy.

*Rozesłaliśmy 1003 ankiety do polskich artystów i krytyków sztuki ulicznej. Z uwagi na to, że zarówno artystów jak i krytyków można zliczyć na palcach jednej ręki, każdy z nich otrzymał po około 200 ankiet.


środa, 2 stycznia 2013

ZASŁYSZANE

Zasłyszałem ostatnio w polskimbusie z Wrześni do Białogardu, gdzie jechałem po słoiki, taką oto rozmowę.
A: tyy, a te typy to są lamusy trochę jednak chyba. ich gest jest bardzo ciekawy, ale nie czaję pobudek do końca. 
B: nie no, nie podważam tego nawet. czytałem wywiad z nimi kiedyś i tak dalej. żenujące to jest opór. ale chodzi mi o wyrok i podejście, ciekawa opinia w tym tekście. samym gestem nie jaram się pod żadnym względem. i to raczej dla mnie jest "zauważanie" na siłę. 
A: dokładnie. takie rzeczy można chyba robić, jak sie już jednak cos osiagnelo, coś się ma do powiedzenia, a nie, że sobie wymyślili niepewną gadkę o yellowizmie i teraz pffff! tagują sobie. nawet ciuchy mają takie na rapie troche. hehe.
  
Potem dopiero trafiłem na artykuł na Obieg.pl o słynnych już Yellowistach i o tym, że jeden z nich za "potagowanie" obrazu Rothki został skazany wyrokiem sądu na dwa lata więzienia. Sam artykuł bardziej skupia się nad mechanizmem instytucji kultury w odniesieniu do "trudnych" sytuacji angażujących materialne dzieła sztuki i nad wysokim wyrokiem sądu. 

Mniejsza o to. Od samego początku coś mi w tym "żółtym" nie pasowało. Może za wysokie progi na poziom UH. A może tu się jednak nic nie klei. Dwóch kolesi próbowało znaleźć uzasadnienie dla pełnej wolności zachowań i działań. Nie byli pierwsi. Ale za ich akcją, poza manifestem nie kryje się nic. Ten manifest spełnia tylko rolę manifestu, nie proponując nic w zamian. Przyrównywanie w artykule na Obiegu przypadku Umańca do Pussy Riot, może tylko mieć sens jeżeli mówimy o technicznych stronach całego procesu (od wydarzenia do skazania). Natomiast nie możemy ich stawiać obok siebie od strony wartości merytorycznej. Yellowizm nic nam nie oferuje. Nawet Olbrychski atakujący szabelką wystawę Naziści Uklańskiego miał coś do powiedzenia. 

Niejasno napisane odezwy i komentarze, brak konsekwencji i logiki w tekstach Łodygi nie stawiają yellowizmu na półce koło Marksa, którego chcieliby yellowiści nawet nie tyle mieć za sąsiada, co go raczej zastąpić. Próbują spłaszczyć do odbioru zerojedynkowego sztukę po raz kolejny - to co już dada i suprematyzm zrobiło kilkadziesiąt lat temu. Spłaszczanie poza obiektami również kontekstów ociera się o faszyzm czy bliższą naszej kulturze urawniłowkę. Zrównanie wszystkiego do żółtego jest doktryną nakazową i niestety nie znajdzie zrozumienia w świecie postliberalnym i po-modernistycznym, pełnym indywidualnych oczekiwań, ale poruszających się według tego samego kodu kulturowego. Ich gesty i słowa trafiają do wąskiej garstki ludzi, którzy interesują się sztuką. Do ludzi o podwyższonej wrażliwości, którzy jednak (tak wynika z wypowiedzi nt yellowizmu) nie znajdują w nich wartości dodanej, nawet abstrahując od "zniszczenia dzieła" Rothki. Cała ludzkość, do której próbują dotrzeć, otrzymuje na ich temat jedną informację (jeżeli w ogóle jakakolwiek do niej dociera) - wandal pomazał, został złapany, został skazany. Koniec. "Homogeniczne masy", do których się odwołują nawiązując do Marksa, są poza zasięgiem ich działań. A wprowadzanie do tego koloru żółtego (nie mówiąc o fiolecie, który się pojawia już tylko po to żeby namieszać jeszcze bardziej) jest już chyba tylko po to aby odwieść uwagę od głupoty tej całej teorii. Umaniec z Łodygą nie mają celu, nie chcą demaskować strasznych szponów instytucji sztuki czy zadzierać z prawem. Umaniec swoim gestem na obrazie Rothki i wcześniejszymi interwencjami nie pokazuje nic, poza tym, że się podpisał. Fajnie. Z tymże każdy wie, nawet writerzy to wiedzą (ba! nawet toy'e), że tagowanie po wszystkim i wszędzie jest bez sensu. I nie dlatego, że jest niebezpieczne (również w kontekście łamania prawa), tylko dlatego, że jest bez sensu.

Jak długo by się nad tym nie zastanawiać to pokazali fucka artystom (też tym miernym czyli nieartystom), pokazali fucka instytucji i na koniec sobie samym. Ich działania są intuicyjne, a ta ich niestety zawodzi. Yellowizm próbował powstać (bo już raczej nie powstanie) jako artystyczne wytłumaczenie dla wszelkich działań i zachowań. A może wystarczyło powiedzieć: Bo tak mi się chciało. Robię to co mi się podoba i mam was w dupie. Wyrok byłby ten sam.


sobota, 29 grudnia 2012

AUTOMURAL

Zapomnieliśmy już o leżącym w rogu salki wystawowej V9 tlącym się ze wstydu egzemplarzu Polskiego Streetartu. Zapomnieliśmy o jego kontynuacj - PSY2 (niestety bez rewelacyjnego Bogusia Lindy, który przeszedł na ciemną stronę mocy i reklamuje paramedyki dla starców), o opasłym tomie leżącym teraz gdzieś między bobmingiem (tłum. pudełko na bombki) a pudełkiem zapałek. Mamy ciągle w rękach świeży numer Concreta przybliżający nam do znużenia wschodnią scenę graffiti i to nie koncepcyjny niuskul, ale tradycyjne wrzuty, których nikt by nie zauważył gdyby nie wydawnictwo ze wschodu.

Niedawno dostaliśmy do naszych rąk również publikację podsumowującą działanie grupy szablonistów skupionych wokól "szablon dżemu". Skromnie i bez zadęcia. Robią swoje. Z niecierpliwością oczekujemy Graffiti Goes East czyli podsumowania ostatnich dwudziestu paru lat writingu w Polsce - tego właściwego graffiti a nie tego o którym pisze Rutkiewicz w książce Graffiti w Polsce. Czekamy na kolejne graff magazyny, czyli Addict i drugi numer CAPITALA, ale to tematy niszowe raczej.

Rynek wydawniczy książek z obrazkami jest równie marny jak tych z literami do czytania. Albumy o graffiti, street arcie, przestrzeni publicznej czy różnych subkulturach miejskich sprzedają się przed świętami a potem kurzą się na półkach. Pozycje muszą być naprawdę ciekawe i elegancko podane, aby warto było do nich wracać.

Mimo wypieków na osmalonej Polskim Street Artem twarzy zaczynamy się już wiercić na samą myśl o styczniowej premierze. Otóż światło dzienne (ukrywana skrzętnie w czeluściach facebooka) antologia/tomisko/epopeja czołowego twórcy streetartu narodowo-katolicko-wyzwoleńczo-martyrologicznego - Rafała Roskowińskiego - Autoportret z Muralem. Dzięki rewelacyjnej informacji w sieci o książce nie wiadomo nic. Sądząc po tym, że jako autor na okładce jest wymieniony sam twórca Rafał Roskowiński, możemy się domyślać, że książka nie tylko jest autoportretem ale również może zawierać wątki autobiograficzne. Więc może się dowiemy jak Rafał przeszedł z polski A do polski B, jak jego świat zmieniał się wraz ze zmianą tematyki na muralach, wraz ze zmianą zleceniodawców i popleczników.

Czekamy z niecierpliwością, bo poza rzeczywistymi walorami estetycznymi początkowej twórczości Rafała może dowiemy się czegoś więcej, bo jak narazie Autoportret z Muralem staje się żywą legendą i już jest klasykiem w naszej biblioteczce.






poniedziałek, 17 grudnia 2012

ZARZĄD ZARZĄDZIŁ

Przepraszamy, za chwilową przerwę, ale poprzedni wpis był wpisem setnym, a w umowie sposnorskiej z adidasem mamy zapisane, że po stu postach możemy pojechać na urlop. Oczywiście nigdzie nie pojechaliśmy, bo u nas w Sierpcu tyle się dzieje co na dworcu w Kutnie. Tak więc wracamy. Zajmiemy się dziś znowu graffiti. Tzn graffiti takim, które wszyscy lubimy, którego trochę się boimy i którego podskórnie większość z nas chciałaby się pozbyć. Graffiti, które szpeci, które zajmuje nieswoje tereny, graffiti które pojawia się w miejscach niedozwolonych. Mówimy o klasycznym ulicznym liternictwie, tagach, wrzutach i bombach (pomijamy temat kolejek, bo miastu tu niewiele do niego).

Kilka lat temu, tuż przed nastaniem jaśnie nam w Warszawie panującego i zbierającego odpowiednie brawa i pociski festiwalu Street Art Doping (SAD), Zarząd Dróg Miejskich (ZDM) - właściciel wielu ścian, murów oporowych czy  filarów - postanowił przeznaczyć część swojej betonowej bazy pod graffiti. ZDM wraz z wtórującymi mu założycielami SAD objawił światu metodę na walkę z graffiti (z tym złym graffiti - które sika na murki i ściga się w ilościach i wielkościach pozostawianych śladów). Otóż wpadnięto na pomysł, że więcej wolnych (czyt. uwolnionych od ręki właściciela) ścian powstrzyma falę bezmyślnych tagów i wrzutów zostawianych przez złych chłopaków w podwiniętych spodniach. Te parę lat temu dziennikarze zadawali te same pytania, które zadawali jeszcze wcześniej i które zadają do tej pory. Czy graffiti to sztuka czy wandalizm. Próbowaliśmy ich przekonać, że to drugie, ale widać nikt nie chce słuchać. Graffiti to nie jest coś co można ustawić, zinstytucjonalizować i potem zarządzać. Od tego jest street art, który nawet nie tyle się zinstytucjonalizował co po to właśnie powstał. Powstał by podjąć komunikację z miastem,  by podjąć temat poza granicami walki z systemem. Street Art powstał by się sprzedawać, by być ładnym i by robić projekty. Graffiti powstało by być. Tylko tyle. 

Swoją drogą ciekawe czy ścianami na Rondzie Sedlaczka zarządza na podstawie starej umowy z ZDM fundacja "do dzieła" zajmująca się organizacją SAD, czy może można malować free graffiti na rzeczonych filarach. 

ZDM zarządza i nie wie, że tylko dolewa oliwy do ognia. Legalne ściany do graffiti to nie tylko fajna inicjatywa. To również podsycanie i podbijanie zajawki. Dużo miejsc do graffiti znaczy więcej graffiti. Legalne ściany to miejsca szlifowania umiejętności, które można wyeksportować poza wyznaczone miejsca. Legalne ściany to miejsca, w których lokalni fejmowcy mogą zabłysnąć skillsami i zaproponować miecz zamiast piłki setkom chłopców w kapturach, którzy swoje pierwsze szlify będą zdobywać nie na legalach, gdzie wiadomo, że rządzą starsi, tylko na klatkach schodowych i elewacjach swoich osiedli.

"Guma do żucia - papieros" nigdy nie będzie tym prawdziwym szlugiem.




czwartek, 6 grudnia 2012

ZA WOLNOŚĆ. cd.

Pod wczorajszym postem pojawił się taki oto komentarz - ciekawe czyją ręką pisany.

Limitowana edycja Absolut Polakom będzie szeroko dostępna. Dystrybucja obejmie wszystkie sieci handlu nowoczesnego i oczywiście handel tradycyjny. Wspierana będzie silnie w punktach sprzedaży poprzez standy, shelfstoppery, mini ekspozycje na półkę, maty ladowe i inne. Sugerowana cena detaliczna w hipermarketach: 39,99 pln za 0,7l.
 
Nie mamy w zwyczaju usuwania komentarzy. Może dlatego, że pojawiają się tak rzadko, że je bardzo cenimy. Ale z tym mieliśmy problem. Ale już nie mamy. 

Ten komentarz tylko podkreśla to o czym pisaliśmy i co czuliśmy przy tym tekście. Że to ściema. Że to całe gadanie o „uhonorowaniu”, „narodowych wartościach” „dumie” i „naszym największym problemie „czyli braku dystansu”, Paweł, to ściema. Słowa puste jak bańki mydlane. To reklama. Chamska prymitywna reklama z koncepcją opierającą się na haśle „no to za wolność”! Nic więcej niż wyciąganie kasy na wzniosłe ideały. I kiedy robi to firma robiąca buty czy koszulki, tzn, kiedy wmawia nam, że w tym będziemy lepsi czy ładniejsi, to ok. To gra i wszyscy w nią gramy. Ale to - „akcja wolność” - to zwykła blaga. Prymitywna i niefajna. I ten komentarz to pokazuje. W taki prosty i wulgarny sposób. Nie łatwiej było absolutowi po prostu nakleić biało - czerwoną flagę na butelki. Może mieli by niższe koszty promocji, a też mogliby powiedzieć, że postanowili nas uhonorować.




środa, 5 grudnia 2012

WOLNOŚĆ, KOCHAM I ROZUMIEM. WOLNOŚCI ODDAĆ NIE UMIEM.

Ale mogę ją kupić. Pod choinkę. O,7 litra. 40% wolności.

Są takie symbole, słowa, czy gesty, które zapadają nam w pamięć. Stają się czymś więcej niż tylko chwilowym wyrazem emocji. Stają się symbolem, ucieleśnieniem idei. Wizualną definicją haseł, ruchów czy nadziei i tysięcy czy milionów ludzi. Dla mnie czymś takim jest V- gest ze schowanymi trzema palcami dłoni i wyprostowanymi dwoma. Ten prosty gest będący symbolem zwycięstwa idei, triumfu ludzi i ich nadziei zapadł mi w pamięci. Zawsze będzie mi się kojarzył z Lechem z wąsami w swetrze i z wielkim długopisem, niezależnie od ocen tego człowieka, on sam i jego gest stały się symbolami- zwycięstwa i wolności. Nawet system komunistyczny ustami Jerzego Urbana powtarza, nienawidził tego gestu do tego stopnia, że powtarzał odnośnie V, że jest to "Litera, której nawet nie ma w polskim alfabecie".

Teraz odkryłem, że to co miałem za ideę i symbol jest świetnym nośnikiem reklamy. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. W naszych czasach prądy, trendy, zjawiska kultury i sztuki stawały się nośnikami treści marketingowych. Pod płaszczykiem fajności pozwalano nam kupić wizję siebie, fajniejszego, ładniejszego, zdrowszego, mądrzejszego bardziej kulturalnego. Już kilka lat temu miałem przeczucie, że korporacje zaczną sprzedawać idee. I nie chodzi tu o wykorzystywanie słów opisujących idee, tylko o nie same. O to, że niedługo ktoś będzie miał monopol na miłość, wolność, że ktoś kupi sobie kolory lub myśli. Jesteśmy niedaleko. Absolut nawet idzie krok dalej - pisze, że marka postanowiła nas Polaków uhonorować „pierwszy raz w historii”. Uhonorowanie sprowadza się do umieszczenia gestu/ symbolu ( takiego samego jak napis Solidarność tylko, że nie chronionego prawami autorskimi na swojej butelce). Butelce wódki. Jak na ironię chlanie na umór z wolnością kojarzyło mi się tylko do jakiejś 3 klasy liceum (chociaż kolega obok się nie do końca z tym zgadza), a panom których mijam z rana z czerwonymi nosami pod sklepami z alko butelki raczej na pewno nie kojarzą się z wolnością. Chociaż tu mogę nie mieć racji. Patrząc na tę reklamę poczułem jakiś wewnętrzny zgrzyt. Nie chodzi o patetyzm narodowo-patriotycznych haseł. Raczej o to, że 30 lat temu młodzi ludzie pokazujący ten gest na demonstracjach szli siedzieć, a jakiś opresyjny system starał się ich pozbawić tej magicznej wolności. Teraz natomiast ma to być fajny wabik, żeby się nawalić. Dla wolności? Za wolność!!!!

OK, dlaczego o tym piszemy? Bo autorem projektu jest Swanski, który gościł u nas już kilkakrotnie. I cała sprawa ma dwie strony, a może jeszcze kilka? O pierwszej już napisaliśmy, a teraz druga. Miło, że rodak trafił do projektu realizowanego od 1986 roku. W światowej odsłonie projektu brali udział Warhol, Haring, Kenny Scharf czy Vik Muniz (oczywiście mówimy o seriach międzynarodowych, a nie lokalnych takich jak Polska, których było zdecydowanie więcej). Jednak fajnie, że dział marketingu Absoluta dostrzegł Swanskiego. Nie mamy nic przeciwko temu, że Swanski zarobił pieniądze na swoim talencie, nie róbmy zarzutu z tego powodu, że współpracuje z korporacją- nie widzimy w tym nic złego. A zresztą nie ma nic lepszego niż zarabianie tym co się kocha robić, a Paweł pewnie kocha rysować. Powodem dla którego napisaliśmy tych kilka słów jest niesmak kiedy patrzymy na reklamę wykorzystującą symbol wolności po to, żeby sprzedawać coś co ma niewiele z nią wspólnego. Oczywiście to nasza opinia, do której mamy prawo, a wy macie prawo się nie zgadzać. Dlaczego? Bo WOLNOŚĆ to coś więcej niż 40% w 0,7 litra.

ps. Tak dla porównania. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na mieście zobaczyliśmy naklejki Swanskiego z V i napisem "wolność", Forin odpalił swój projekt Wolność. Jakby to powiedzieć wolność wolności nie równa.

I było by wszystko w porządku, gdybyśmy ten tekst zakończyli. Jednak po ostatnich rozmowach w redakcji i poza nią doszliśmy do wniosku, że może by zacząć próbować rozmawiać i pytać o zdanie na temat różnych wydarzeń i akcji artystycznych samych artystów, kuratorów czy marszandów. Idąc tym tropem wysłaliśmy Swanskiemu pytania. Szkoda, że nie widzieliście pierwszej odpowiedzi. Chyba się momentami rozminęliśmy z clue tematu i samej krytyki. W zamian w końcu dostaliśmy dopracowane odpowiedzi, pełne sformułowań z działu marketingu.
- Jak doszło do tej współpracy i dlaczego to poszło w takim kierunku. - mam na myśli - jak do tego doszło i czy były długie rozmowy, w których "negocjowaliście" efekt finalny projektu?

SWANSKI:
Firma Absolut zaprosiła mnie do współpracy i zaprojektowania butelki odnoszącej się do naszego narodowego ducha. Wspólnie zdefiniowaliśmy te cechy jako niezależność, indywidualność i nie poddawanie się. A przede wszystkim to z czym Polacy są kojarzeni na świecie czyli wola walki o wolność, którą ostatecznie wygraliśmy. Nie braliśmy pod uwagę cliche na nasz temat jakie krążą po świecie, najważniejsze dla nas były te pozytywne cechy. Nie było żadnych negocjacji, nie były potrzebne w tym przypadku.

- Kto postanowił "podszywać" się pod kampanie społeczne nawołujące do odpowiedzialnego obywatelstwa itp. - może jestem nie doinformowany, albo niewiele widziałem - ale mam wrażenie, że do tej pory projekty wykorzystujące symbolikę dłoni pokazującej V dotyczyły postaw obywatelskich, namawiania do głosowania lub były projektami czysto artystycznymi i niekomercyjnymi.

SWANSKI:
Nie wiem w jakim kierunku celujesz to pytanie, bo tak jak ty nie wiem kto i kiedy chciał się pod takie kampanie podszywać. Jeśli mówisz o kampanii Wybieram.pl to ja byłem autorem towarzyszącej jej oprawy graficznej. Więc jeśli się odwoływałem albo cytowałem to samego siebie, jeśli masz na myśli podobieństwo.
V to jest symbol nie tylko związany z Lechem Wałęsą, czy Solidarnością, to symbol historyczny ale tez głęboko zakorzeniony w popkulturze. Polacy nie mogą uzurpować sobie wyłączności do niego, ale z drugiej strony V symbolizuje to co dla nas ważne - wolność i zwycięstwo. To jest nasz wkład w historię Europy i świata. Mieliśmy założenie odnieść się do tego ducha a nie naszego folkloru czy czego innego.

- Czy biorąc udział w tym projekcie świadomie narażałeś się na posądzenie o kontrowersyjność i czy nie uważasz, że butelka wódki nie musi symbolizować wolności (tym bardziej w odniesieniu do historii).

SWANSKI:
W naszym kraju nie trudno narazić się na kontrowersyjność. Kompletnie brak nam dystansu do samych siebie, gdy jednocześnie oczekujemy go od wszystkich innych. Oczywiście w pełni świadomie projektowałem tę butelkę. Tak jak przy innych projektach, zdawałem sobie sprawę, że narażę się tym którzy twierdzą, że jako jedyni dzierżą prawo do decydowania co dobre a co złe (mamy nadzieję, że to o nas - przyp.red.). Butelka wódki nie symbolizuje wolności, to produkt. Jest to medium, powielane jak grafika w ustalonej ilości egzemplarzy. Odbiorcy są uczciwie poinformowani, że marka Absolut zaprosiła do współpracy artystę/projektanta, który wyraził siebie i koncept na opakowaniu jakim jest butelka. Ale całość to wspólny koncept, i biorąc pod uwagę historię firmy nie czułem sztuczności w tym działaniu. Dla mnie osobiście i zawodowo butelka wódki Absolut kojarzy się z od moich wczesnych lat z super kreatywnym podejściem do marki i jej promocji. Dotychczas współpracowali z Absolutem tacy artyści jak Ron English, Spike Lee, Jamie Hewlett i wielu innych którzy mnie ukształtowali swoja pracą na innych polach. Projektując swoją butelkę stanąłem z nimi w jednym rzędzie, i gwarantuję Ci, że nie czuję wstydu. Jednocześnie Polacy powinni się z tego cieszyć, jak najbardziej czując dystans, bo nikt nie twierdzi ze stworzyliśmy dzieło narodowe w stylu "Bitwy pod Grunwaldem" po prostu zrobiliśmy butelkę Absolut Polakom, jak Absolut Brooklyn czy London itd.

- Czy użycie V to był Twój pomysł czy działu marketingu?

SWANSKI:
To mój pomysł, jeden z kilku które przygotowałem. Klasycznie jak przy tego typu projektach, miałem wolna rękę. To zwykle jest podstawa mojej pracy z dużą marką. Nie mogłem obrażać uczuć religijnych itd, a merytorycznie nad konceptem pracowaliśmy wspólnie.

- Czy uważasz, że to jest rzeczywiste uhonorowanie Polaków? - chodzi mi tu o to, czy uważasz, że Absolut jest w ogóle w stanie uhonorować. Wg mnie to jest jakieś nadużycie. My producent wódki - chcemy cię nagrodzić marny człowieczku.

SWANSKI:
Tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. To jest to co zawsze będzie stało na drodze budowania przez nas dojrzałego społeczeństwa. Co trzeba by zrobić żeby to w końcu uhonorować? Postawić pomnik wielkości pałacu kultury? Ale jeśli tak to czyj, bo tu tez byłyby spory. Absolut zrobił to co robi na całym świecie, i to jest w tym projekcie piękne. Nie jesteśmy pierwszymi, przed nami było mnóstwo innych projektów, często trudniejszych może i bardziej kontrowersyjnych. Były Chiny, było San Francisco i sprawy mniejszości lub w przypadku tego miasta większości seksualnych. A Ci którzy w sercu są małymi człowieczkami, zawsze będa tak to odczuwać. Ja jestem zadowolony, zrobiłem wszystko co moglem żeby ten projekt był dobry, nie zrobiłem nic przeciwko sobie, i nigdy nie ukrywałem, że jest to projekt komercyjny. Jednak ma prawo nieść ze sobą przesłanie. W tym przypadku V to nie tylko wolność, zwycięstwo itd. To pokój i zgoda, która ma nam pomoc zbudować dojrzałe społeczeństwo. To jest ogromna odpowiedzialność i trudność, moim zdaniem większa niż walka z komunizmem. Trudniej jest budować niż niszczyć, nawet jeśli wcześniej niszczyło się system w dobrej sprawie. Nasz kraj potrzebuje silnej wspólnoty, a nie zastanawiania się nad tym czy ktoś zbudował nam wystarczająco duży pomnik.

No więc tak to wygląda. Swanski pięknymi zdaniami nam o tym opowiedział. Jednak mimo wszystko forpoczta projektu jakim były naklejki wolność (na których nie było śladu o marce absolut) mogły wprowadzić w błąd a jego efekt koniec końców mógł rozczarować. Wartości warto pielęgnować a nie nagradzać je materialnymi obiektami - czy to będzie pomnik (sic!) czy butelka wódki. Ideę można uhonorować tylko nią samą. Codziennym działaniem i właśnie w ten sposób można zbudować społeczeństwo obywatelskie. Nie potrzebujemy do tego marek i projektów. Nie wydaje nam się aby wódka i butelka z rysunkiem zdolnego artysty miała prawo podpinać się pod idee i ruchy społeczne o zdecydowanie odmiennych celach. Nie uzurpujemy i nie chcemy by ktokolwiek przypisywał sobie prawa do gestów jakimi są V czy inne symbole, ale nie chcemy by pod płaszczykiem wartości i niejako z ukrycia ktoś nam sprzedawał wódę. Jesteśmy dorośli nie damy się nabrać.





wtorek, 4 grudnia 2012

MAKE YOUR MARK IN SOCIETY

Idąc za hasłem wprost z nowojorskiego burmistrzostwa początku lat 80 "make your mark in society, not on society" 19 latek z Gdańska postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Tvn pokazał młodzieńca samotnie walczącego z graffiti. TU LINK.

Jest wiele prób rozwiązań kwestii graffiti i wandalizmu. Zawiązują się grupy sąsiedzkie, koła wspólnot mieszkaniowych które z własnej inicjatywy, często za własne pieniądze usuwają tagi i wrzuty. Są ludzie, którzy maniakalnie zrywają nielegalne plakaty i ulotki, są i tacy, którzy wrzucają niedopałki do śmietnika (są też ci którzy je zbierają). Można wyznaczać nagrody za złapanie grafficiarza, można też karać właścicieli budynków za pomazane elewacje. Są też jednostki policji specjalizujące się w ściganiu graffiti.

Można w końcu próbować ich ścigać i poznawać samemu. The Lonely Avenger. Czy pokazywanie tego człowieka w telewizji (nawet jeżeli ma zakrytą twarz i zmieniony głos) jest dobre dla niego i organów ścigania czy niekoniecznie? Czy taki gość zgadzając się na wywiad jest przekonany o tym jaki jest jego cel (ma 19 lat)? Czy wie, że wyłapywaniem writerów i całej reszty destruktywnych zachowań społecznych nie zmieni miasta? Nie zmieni polityki społecznej, zrozumienia potrzeb pomiędzy bytem a handlem.  Najbardziej pomazane są biedne dzielnice - to wie każde dziecko z mazakiem. Właścicieli nie stać na profesjonalne czyszczenie, a mieszkańcy są zajęci codziennością. Tak? Brzydkie meble wenge, w brzydkich mieszkaniach, brzydka okolica z ziemiotrawnikiem. Dzięki temu wartość nieruchomości spada, rentowność działki spada. Pojęcia "własność" i "rynek nieruchomości" zastąpiły potrzeby bytowe. Więc właściciele podnoszą czynsze i usuwają powoli mieszkańców. I to jest ta sama gentryfikacyjna piosenka o sprowadzaniu artystów itd. Mazanie w dzielnicach bogatszych jest trudniejsze ale często wcale nie jest wyzwaniem. Writerzy nie są tym specjalnie zainteresowani - to nie jest film "Edukatorzy". Są też i takie miejsca gdzie mieszkańcy sami mażą po ścianach, czy wystawiają śmietniki na zewnątrz. Po to właśnie żeby nieruchomość nie była atrakcyjna. Często właściciele sami nic nie robią, żeby okolica podupadła, żeby łatwiej było ją przebudować i sprzedać - z ludźmi czy bez. I tak dalej.

Podsumowując. Graffiti to jest gra. Walka z nim też.


PS. Dziękujemy wiernym czytelnikom za nadesłanie informacji.



środa, 21 listopada 2012

NIE-ZŁO-MNA

Spokoju nam nie dawało przeświadczenie, że notka o Mocaku jest niepełna. Storytelling dwóch tytanów jest niczym przy triangulo, co sygnalizują nam starsi koledzy. Udaliśmy się na poszukiwanie autorki, której kamera nie sięga. Było wiele domysłów. Mieliśmy pewne sygnały stagnacji, poplątania włóczki. Kija w szprychach. Albo osobistego spełnienia po produkcji z Finerem. A to bzdura. Ona żyje i ma się dobrze.
Bo kiedy Mrrrrr pokazuje .ppt z P.S.A., ona produkuje treść do kolejnej ich księgi. Normalnie jest tak, że kobieta gotuje, facet melanżuje. Ten team działa inaczej: nespunowa tworzy, nespunowy opisuje, Zdrojewski dotuje. 

Pewnie ponownie wyznaczą nowy trend w imię najszczerszej miłości do sztritartu (na który moda mija więc zmieniamy branżę, co nie). Ciekawe co teraz? Z odpowiedzą przychodzi nowy blogspot. NespoonKolekszyn. Są rzeczy nowe, są koprodukcje, są serie limitowane. Ni to handmejd, ni to manufaktura. Raczej coś pomiędzy galerią a anarchicznością, coś między córą street artu a ojcem clubbingu. Takie combo dla prawdziwych graczy, tyle że z klasą. Z gustem. 

Na plan pierwszy wysuwa się postęp i ewolucja stylu rzeczonej artystki. Koronki są bielsze, supełki nieco trwalsze. Oczka już nie puszczają. Na drugim planie widzimy nowe nośniki: obrusy, kalosze, swetry. Choć to, co najciekawsze i najbardziej subtelne pojawia się w realizacjach komercyjnych: serii bilbordów czy koprodukcji spożywczej z Wedlem. Brak tu streetu, bo już jest passe. Ale jak to mówił Sławek Cz.: „artysta uliczny warty jest tyle ile ...”

Z resztą, oceńcie sami: http://nespooncollection.blogspot.com/




poniedziałek, 19 listopada 2012

MOCARZE W MOCAKU

Ego niektórych osób jest tak wielkie, że sięga jak z Warszawy do Krakowa. A czasami w jednym miejscu spotykają się dwie osoby, które mają tak wielkie mniemanie o sobie. I co wówczas się dzieje- dostajemy ponad godzinną rozmowę pomiędzy MR, a Pawikiem. Serio ponad godzina! Rozumiemy, że Frank Ocean kręci przydługie teledyski, ale u niego są przynajmniej laski w skąpej bieliźnie, motocykle i jakieś fajne obrazki jak z nocnego życia w Katowicach. A tu na youtube ponad godzina z dwoma panami w średnim wieku i z długimi włosami! Czy myślicie, że to oglądaliśmy? Nie - zleciliśmy to naszym stażystkom.

I tak, nie polecamy wam tego do oglądania. Wszystko co ciekawe powiedzieli- my napisaliśmy wcześniej: murale, festiwale itd, wiecie to i czytaliście o tym. Tak samo wiecie jaka jest konstrukcja albumu PSA2 i że żadna z wystaw poruszających się w okolicach street artu nie pokazała nic ciekawego i odkrywczego. Z nieciekawych rzeczy: cytat z Pawika: Jak dla mnie nie przynoszą żadnych treści (55:03) - o kim to? O pracach M-City. I dobrze. Ktoś w końcu powiedział prawdę o tym celebrycie pławiącym się w blasku fleszy. Słyszysz M-City - treści za grosz tam nie masz! Wabik tak powiedział, a on ma galerię krakowską!
 
Mamy również kilka smaczków rozweselających, ale jak wiadomo wywiad rzeka rządzi się swoimi prawami. I tak w padają takie wersy: Darek Paczkowski walczy z żywnością. (21:02). Jest definicja stylu: Styl to jest legalna duża forma literowa. A może jednak styl to jest styl? Rozpoznawalny jako styl regionalny czy indywidualny writera. To jest coś po czym poznajesz kto jest autorem bez wczytywania się w litery. Ale to chyba jednak pojęcie wewnątrzśrodowiskowe. Przerzucanie pojęciami to ostanie hobby MR. Jest ich sporo i widać, że rozmówcy sami czasem się w tym gubią. 

Dalej mamy follow-up do Eldoki (Leszek, jesteś na fali): gdzie poprostu do grafficiarzy się strzela z ostrej amunicji (36:39). Padają też trafione słowa: bardzo uliczny etos sztuki ulicznej. (1:02:12). I to jest coś pod czym podpisujemy się obiema rękami. Sztywniutko jest.

MR publicznie powtarza swoje fantazje, w tym słynne już "kłamstwo gbrskie"  (1:00:10) i wydarzenie, w którym nie brał udziału. I tak w końcu zostaje również wymienione Universal Hating (1:00:27). Przepraszamy za to. Nie jesteśmy z tego dumni! I nie! To, że o kimś napisaliśmy nie znaczy, że jest się w czołówce czegokolwiek. Pawik - najlepszy dowód, że piszemy tutaj o was. Jest też o powstającym w pocie czoła i wśród płaczu noworodków albumie GGE (Graffiti Goes East) i tak jak cieszy nas wszystkich, że będzie, tak cieszy również MR i AW, ale drogi Marcinie to ma być właśnie książka o GRAFFITI i bynajmniej nie jest to "w zasadzie skompletowanie dokumentacji na temat tego co się dzieje w przestrzeni publicznej" (1:05:38) - bo to próbujesz zrobić Ty swoimi książkami, które wrzucają wszystko do jednego worka i udają, że nic nie wartościują.

Bardzo dobrze też, że w końcu padło tu oficjalnie, że nie będzie czwartej ani piątej części trylogii PSA. Mamy nadzieję, że nie będzie też prequeli. (1:06:10). I dziękujemy za podwójne zaproszenie do niszczenia galerii FortyForty (1:07:40 i 1:07:54). Drogi MR - jak coś jest otwarte to nie znaczy, że ktoś na pewno będzie chciał to zniszczyć. Sam przyznałeś wcześniej, że właśnie nielegalność niszczenia jest w wielu kręgach ciekawsza, dlatego tym bardziej możesz spać spokojnie - aqualoopy nikt nie ruszy.

ps. w spotkaniu brała udział również niespun, ale jak widać nie widać jej w kadrze. Bo robi na nielegalu i się ukrywa.