Trafiliśmy przypadkiem na taką fotkę. To chyba mister Riam z trójmiasta, albo może kolega Mike Giant z San Francisco, ale z tego co wiem ma być w Polsce w innym terminie. Czy jak się nam kończą własne pomysły to musimy kopiować te z zachodu, czy to tylko przypadkowa inspiracja - "Nic nie wiem nie widziałem, tak mi się narysowało." Nie jest to plagiat, ale skojarzenie bardzo jednoznaczne. I takie akcje świadczą o tym, że w świecie Graffiti/StreetArt niewielu jest artystów, za to sporo dobrych, trendi grafików.
czwartek, 26 kwietnia 2012
środa, 25 kwietnia 2012
G.Ó.W.
Jest taki artycha z Wrocławia - miasta stu milionów monet przelanych z budżetu Ministra Kulturwy tuż przed werdyktem kto będzie europejską stolicą kultury za parę lat - L.U.C. Artysta, który artystą się zwie, raperem i performerem. Taki z niego artysta rap, który chciałby być Magikiem (rip) ale nie ma tyle jaj żeby skoczyć z okna. A szkoda...Jakiś czas temu nie wiadomo z jakich powodów został nagrodzony paszportem polsatu za doskonałe udawanie artysty zaagnażowanego, myślącego i awangardowego.
No i ten artysta za państwowe pieniądze, czyli nasze, ponagrywał jakieś szmelce o wojnie, komunie i powstaniu warszawskim (z Wrocławia to ponagrywał!). Potem za te same pieniądze namalował rękami Dobrego Wyglądu jakieś infantylne pop rysunki w mieście tysiąca mostów i zaczął sobie podcierać zadek muralami, sztuką w przestrzeni publicznej itd. Teraz wpadł na doskonały pomysł aby zwrócić uwagę gawiedzi na zasrane psim gównem trawniki i zrobił wielką kupę w centrum Wrocławia. Jak sam przyznaje: Psie kupy to co roku nasze narodowe danie. I aby potwierdzić tę tezę postanowił psie odchody w parku pobliskim upstrzyć makaronem, warzywami itd. Normalnie przyszedł jak debil i koło gówien poukładał jedzenie!!! FUCK!!! Nie rozumiem! I potem tam to zostawił pewnie ciesząc swojego tykypykyexcremento ryja. Dalej dodał bezczelnie, bo jako artysta bezkompromisowy musi być bezczelny:
Ale nasza akcja to taka zabawa, przez żart chcemy pokazać problem, nie ma sensu robić tego na poważnie. I tu jest der Hund gegraben, czyli hier is pies pogrzebany (od psa do kupy już blisko). Halo! Puszczam do was oko! To taka zabawa, nie bierzcie tego na poważnie. Gówno mnie obchodzi psie wasze gówno. Tu jestem ważny ja - Gie.Ó.We.!
wtorek, 24 kwietnia 2012
MI TO SIĘ PODOBA
Mi to się podoba, wszystkim się podoba. Podoba się Kasi Tusk, Michałowi Boniemu (minister cyfryzacji street artu), Nespoon się podobało i paru innym wschodzącym gwiazdom nie mówiąc o naszej ulubionej ekipie StreetMag. Wystawa Chazmego i Sepego w warszawskiej kawiarnio-księgarnio-lansernio-galerii MiTo przyciągnęła tłumy głodne ładnego życia. Tłumy zainteresowane kawiarnio-itakdalej, tłumy zainteresowane byciem zainteresowanymi. MiTo wyrosło po swojej przemianie niczym z kokona w motyla na czołowe miejsce najbogatszych licealistów Warszawy. Miejsce przy jednej z głównych ulic i niedaleko placu Zbawiciela (to bardzo ważne, żeby tam być) musi na siebie zarobić dlatego właścielo-kuratorzy, albo marszandzi namówili naszych milusińskich CHa i Se aby dali dużo prac, bardzo dużo. Następnie namówili ich żeby je chaotycznie powiesić i dzięki temu zamiast wystawy z tytułem (i tak dalej) i kuratorskim tekstem a nie blablabla o stylu, konfrontacji i "nowych kawałkach" dostajemy sklep z obrazami. I o to chodziło. Brak szacunku dla dorobku artystów, dla ich progresu, przemian, poszukiwań, uwięzienia w stylistyce street itakdalej. Można było wyłuskać co najlepsze z nowych prac (a jest co!) a nie robić przeglądówkę jak dla dziadów z przedwojennej ASP. Oczywiście, dzięki temu, że prac wisi 50 to i ceny mogą być bardziej przystępne. Moda moda - przyzwyczajamy się Może zagubieniu rodzice cz operator z TVN, kręcący dziś na tle prac CHa i Se kolejny odcinek Superniani, będzie mógł liznąć lepszego świata.
piątek, 20 kwietnia 2012
SWANOFOB
Czy Swanski aka Łabędzi Śpiew wie o tym, że boimy się jego prac? Że boimy się miejsc po których on w masce niczym Kidult porusza się bez mrugnięcia okiem. Czy wie, że boimy się tych przejść podziemnych, ulic, zakamarków, bezdomnych i boimy się Gorzowa City Center. Pewnie wie, dlatego nazwał swoją stronę SWANOFOBIA i sam się boi tego co robi. Zapoznaliśmy się ostatnio z nieskrywaną radością z ultra twardym, na pełnym rapie i na pełnej k..., przekazem z Gorzowa City Center gdzie groźne ptaki i niebezpieczne żółwie łyskają do nas okiem. Muzyka twarda i zimna jak stal smif end wessona kalibra 45 wprowadza nas w zaułki strachu i beznadziei. Swanski jako taki sieje strach. śmaki. Będzie jeszcze parę rzeczy o nim i jego fobiach. A na razie zapraszamy do kina. http://vimeo.com/40316010
czwartek, 19 kwietnia 2012
Jest BEEF będzie HATE
My w Wyszkowie mamy nasz prawdziwy Wyszkowski Festiwal Street Artu. Wśród gości grupa 0700, HelloKitty i Shepard Unfairy. Jak przystało na haterów liczymy na dobry beef. Ale daleko nam do stolicy, która wołowinę prawdziwą niczym tektura będzie serwować spod samego Pałacu Kultury. Jest i fajnie i estetycznie i przestrzeń publiczna zyska coś w rodzaju nowoczesnego rynsztoka usianego zmokłymi od kibicowskiego potu frytkami. Tłuste eko opakowania zastąpią furkoczące na gałęziach foliowe torebki, a szczęście pozostanie na suburbiach wśród tych, którzy swoje ziemniaki muszą sami obierać. Tak czy inaczej bryła piękna. Szkoda że tymczasowa, ale może nie zmiecie jej wiatr historii. Wszystko w imieniu pięknego piłkarskiego święta. Pozdrawiamy ziomeczków ze stolicy i wpadamy na cheesbuxa. Elooooo!
wtorek, 17 kwietnia 2012
POD SPODKIEM
"Pod spodkiem" to zdrobniale "pod spodem", czyli taki mały undergroundzik nam się tu zaczął rozwijać niczym kłębek wełny. Po graffiti z mchu i mielonki, nie mówiąc o graffiti z chleba (polecamy z masełkiem) nadeszło do naszego kolorowego kraju KneeFitti (pisaliśmy już o tym) - czyli robótki ręczne na klęczkach. Nie wiemy tylko jak na klęczkach ubrać w sweterek całą koparkę, ale udało się to w Katowicach. Podejrzewamy, że jak przystało na streetart-owców (a w tym przypadku, jako że to zajęcie raczej kobiecie - streetart-owce) skorzystano z podnośnika. Tym wdzięcznym baletem maszyn w piękny grudniowy dzień rozpoczęto Katowitcki Street Art Festiwal (sic!). Więc z połączenia wełny, streetu i katowic otrzymujemy coś ciekawego i nikomu nic nie mówiącego. Po co zawijać maszynę w wełnę? Że niby jest jej zimno? Że takie mamy fajne i ciepłe niczym kluski śląskie do niej uczucia? W jaki sposób to wpływa na przestrzeń publiczną? Jak podnosi jej jakość? No i w końcu, co będzie z tą włóczką jak skończy się okres najmu maszyny (a podejrzewam, że tanio nie jest)? Czy zostanie przerobiona na swetry dla biednych dzieci ulicy, żeby poczuły trochę kolorowej hipsterki? Czy może zostanie spruta i tąże włóczką zostanie zawiązane wejście do lokalnego sklepu wólczanki albo banku śląskiego? I koniec końców komentując wpis pod zdjęciem któregoś z internautów "o! wreszcie trochę koloru" - sorry, ale nic wam nie pomoże - będzie i tak jak na dworcu w Kutnie.
Na zdjęciu wnętrze zaprzyjaźnionego z UH graffshopu.
piątek, 13 kwietnia 2012
BITEW CIĄG DALSZY
"Art Battles to poetyckie uderzenie sztuki" - tak powiedział Chuck Close i powinien rzeczywiście się zamknąć. Nie znam gościa więc nie wiem czy mu wierzyć. Za to zapoznałem się z zabawną inicjatywą ART BATTLES, którą wymyślił niejaki Sean Bono (można nie szukać kto to). Już wkrótce w największej galerii w Polsce. Oczywiście chodzi o galerię handlową. Oczywiście! No bo jaką tłuki? Więc galeria jaka jest każdy widzi. Galerię nawet organizatorzy tej akcji nazwali Theatrum arkadyjskim (z dużej!).
Dobra pozagłębiałem się trochę w te artbattles różne, poguglowałem sobie i seana i chucka i pare innych person. Popatrzyłem co sie działo i co promowali podczas wcześniejszych edycji....
I odechciało mi się pisać....
Ale się przemogłem. Bo i śmiesznie i trochę krew mie kapie z palca. Otóż bardzo się kurwa cieszymy, że AB będzie w Warszawie, bardzo kurwa fajnie, że w galerii, niewątpliwie kurwa poznamy coś ciekawego. Sama formuła battlowania się na "sztukę" jest przeniesiona z kultury graffiti, walki o pozycję w grupie, chęci doskonalenia i szlifowania "skills". Po pierwsze nie dla sławy po drugie wiadomo. Przeniesiona do galerii i ucywilizowana przez terminujących u pana od plastyki z podstawówki artystów nabiera groteski. Nie wiem czy organizatorzy w Warszawie - niejaka firma mediacośtam (do wiadomości redakcji) jest świadoma tego co robi, ale przypuszczam, że jej finance manager na pewno. ArtBables po wejściu w spółkę z korpogigantem Unibail-Rodamco właścicielem przybytków konsumpcjonizmu rozwinęło skrzydła i niestety postanowiło swoje pomyje wylać również w Europie. Jak wiadomo Polska gościnna i brzydka to nikomu nic nie przeszkadza. Bo poziom na zdjęciach z poprzednich edycji zakrawa o zbrodnię przeciwko ludzkości. No, ale czytam dalej. Oczywiście, punkty, puchary finały, trasa i cała ta sportowa nomenklatura bo wiadomo, że czas piłki nadchodzi to i tak podany rysunek gawiedzi przypasuje. Bardzo fajnie mi się podoba też określenie "artysta tworzący na żywo" - no tak, cała reszta artystów nie tworzy na żywo tylko w czasie przeszłym albo z taśmy jest odtwarzana. A widziałem na różnych graffspędach artystów tworzących na martwo nawet.
No i mój ulubiony fragment. Jest taki, że przytoczę go w całości "Imprezie zawsze towarzyszy muzyka. Ona w bitwie odgrywa bardzo istotną rolę. ArtBattles dobiera muzykę w taki sposób, aby inspirowała zarówno artystów, jak i publiczność. Nie będzie żadnego heavy metalu." No to mnie trochę zmartwiło, bo to na wstępnie już dyskwalifikuje Sepego i Szejna. "Muzyka musi być odpowiednia dla ogółu odbiorców." - Tak samo jak malowane dziełka, tak samo jak przyjazne wnętrza galerii i wszystko inne. Nawet galerianki będą odpowiednie.
Na dole fotka z ArtFatless gdzieś tam, chyba w dupie.
czwartek, 12 kwietnia 2012
CROSS W KRAKOWIE
Crossowanie czy przejeżdżanie, albo kreślenie cudzych wrzutów ma tradycję tak samo długą i wartą uwagi jak całe graffiti. Zaczynając od słynnego CAP, który malował wesołe throw-upy na pociągach i ścianach wymuskanych przez tuzy takie jak DONDI i SEEN, przechodząc przez walki sportowe na łódzkich murach, gdzie przekreślona szubienica wpisuje się w podwójną gwiazdę Dawida przerobioną na "kurwa", aż po frywolne kutasy na warszawskim murze służewieckim, które ostatnio pojawiły się na większości prac nie oszczędzając szacownych facjat Wilka i Bilona. Ta moda dotarła również do Krakowa (miasta kultury przez duże G). Otóż w dniach ostatnich mural Pana Sławka Czajkowskiego został przykryty wielkoformatowym wrzutem banerowym zainstalowanym przez artystę o ksywie "prywatny właściciel". Heh, co zrobić - poczucie własności mamy na poziomie stanów zjednoczonych a poczucie własności publicznej na poziomie nie wiem w sumie czego (nie znam innych tak obwieszonych miejsc). Niestety nie rozumiemy (tak my - właściciele, mieszkańcy, urzędnicy, włodarze, reklamodawcy) tego, że to co na zewnątrz jest nie tylko właściciela (tego z aktu notarialnego) ale wszystkich tych którzy to widzą. Nie ma u nas regulacji chroniących dzieła autorów, nie ma u nas szacunku do czyjejś pracy, nie ma prób zrozumienia po co jest "zewnętrzna" strona budynków. I przykład krakowski nie jest jedyny. W warszawie już kilka miesięcy po wyjeździe twórcy ktoś chciał montować billboardy na muralu BLU przy Al. JPII. Z kolei ściana po słynnym Jaju z ronda wiatraczna, na której vlepvnet miał odtworzyć dawny mural (a skończyło się tylko na wyświetlaniu!), została zaproponowana grupie DOBRZE WYGLĄDAJĄCEJ znanej z kontrowersyjnego działania na pograniczu reklama-miasto (chopiny w warszawie czy LUC we wrocławiu). To normalne, że tu się nie ceni ludzi, którzy coś reprezentują. Nie ceni się ich bo się ich nie rozumie, bo może są mądrzejsi od nas i mają cokolwiek do powiedzenia niż tylko kup-zjedz-zjadłem-wypiłem-byłem-zesrałem.
środa, 11 kwietnia 2012
KONCESJONOWANE REWOLUCJE
Ponieważ na UH jest nas sześciu czasami mamy trochę odmienne zdanie, albo przynajmniej patrzymy na różne sprawy z różnych kątów, w których sami się ustawiamy. Dyskusja o miasto petrochemii i mury tam pomalowane swoją drogą poszła, powiedziane zostało trochę słów i dużo komentarzy na fejsbuku.
To co najbardziej zwraca moją uwagę to idea, że „krytyczne” prace mają powstawać z budżetu miasta. Czy tylko mi się wydaje ironiczne, że domagamy się tworzenia sztuki krytycznej, może nawet antysystemowej z pieniędzy miejskich. Od kiedy to władza, która rozpierdala pieniądze jak tylko się da ma angażować się w coś co ją krytykuje? A z drugiej strony dlaczego w ogóle ma to robić? Skoro są to pieniądze podatników to może też po ich stronie powinno leżeć decydowanie na co chcą je wydawać? Wiem, że to populistyczny argument i nie do końca z nim się zgadzam, ale czemu nie pociągnąć tej decyzji do granic absurdu?
Nie wydaje mi się też, żeby wszystkie artystyczne i tylko udające takowe projekty wpływały w rzeczywisty sposób na życie osób. Poza tymi, które zarabiają na takich akcjach realne pieniądze. Czy sztuka zaangażowana musi angażować w tym kraju publiczne pieniądze? Przecież w takim układzie zawsze będzie angażowała się przynajmniej w części po stronie władzy. Zawsze jakiś nalany pan, albo pani bufetowa będzie mogła powiedzieć na koniec kadencji - no tak wspieram zaangażowaną sztukę, dałem/am na nią 15 złotych plus VAT.
wtorek, 10 kwietnia 2012
P-city
Z iskrą w oku i nożem w dłoni śledzimy konflikt dotyczący płockiego podwórka a właściwie płockiego "Podwórka" ze znaną, troszkę nadętą gwiazdką polskiego street artu, słynnym piwoszem - M-city. Lubimy gdy lecą iskry i mięchem się rzuca (najlepiej karkówką). Wychodzimy z założenia, że niezgoda buduje. Otóż jedyną wygraną tego całego zamieszania wydaje się być właśnie sztuka. Może w końcu, po debilnych zmianach kierunku wiatru wiejącego od petrochemii i innych ratuszy, wiele organizacji, aktywistów i artystów zrozumie kilka podstawowych prawd rządzących tym przemysłem jakim jest (z dużej) Street Art. Po fali prawicowego załgania i niezrozumienia dla roli sztuki w mieście przychodzi fala niezdrowego i równie niezrozumiałego podniecenia na poziomie spoconego gimbusa. Wow! Namalujmy obrazki fajne, jakieś ludziki czy stworki. Będzie młodzieżowo i tak europejsko. Nie mamy nic do Mariusza W. oskarżanego o komere (a nawet o polityczną komerę), bo jest on jej świadomy. Nie mamy nic do organizatorów "Podwórek". Wręcz przeciwnie - cieszymy się, że się troszkę obrazili, bo to nawet fajne, dodaje smaczku i jest bardzo artystyczne. Mamy dużo do miasta P, które nie kuma nadal nic. Generalnie artyści i kuratorzy powinni uważać z kim się gra. Festiwale, jak już mówiliśmy dawno nie są dobre między innymi dlatego, że są festiwalowe i bardzo trudno jest dobrze, z szacunkiem do siebie i artystów wykorzystać miejski budżet. Street Art zjada już nawet nie tyle swój ogon (!), ale swoje własne odchody.
piątek, 6 kwietnia 2012
GRAFFITI Z MCHU
O kurde, no nie żebyśmy byli jakimiś tam mistrzami i że się znamy na ulicy, ale ta informacja nas zabiła.
Cytuję za stroną architekturakrajobrazu.pl - "Mchy wracają". Wspaniale! Czekaliśmy na to latami. Po tym jak na salony (chociaż w polskich warunkach nazwałbym je stołowym albo telewizyjnym) ostro z bambosza wbiło się opakowywanie wełną miasta (btw to nie czaimy dlaczego to się nazywa kneefitti - od klęczenia przy dzierganiu?) myśleliśmy, że to koniec. Ale nie! Jest! Graffiti z mchu! Jak to napisał poczytny portal o dyzajnie "Graffiti - dla jednych sztuka, dla innych zwykły wandalizm. W tym przypadku o tym drugim nie może być mowy." Gratulujemy pomysłowości, a sami zaczynamy kombinować jak zrobić wrzuta z mielonki.
(WIELKA)NOCNE GRAFFITI
Świadomie nawiązuję do tytułu majstersztyku reżyserskiego z 1996, w którym nasza gwiazda estrady Pani Kasia Kowalska (pseudonim artystyczny prawie tak charakterystyczny jak Franek Mysza) snuje się po ekranie ostro naćpana amfetaminą. Otóż w podobnym sposób jak wyżej wymieniony film powstają w naszym pstrokatym kraju setki fajnych inicjatyw artystycznych, społecznych itd. Tradycje malowania pisanek są bardzo długie i wesołe jak nie wiem. W ostatnich latach dzięki popularyzacji takich narzędzi jak lakier samochodowy w aerozolu otrzymaliśmy wspaniałe efekty, które można umieścić w tak hołubionej przez włodarzy miast i miasteczek powiatowych przestrzeni publicznej. Takteż zajączek czy baranek mogą uzupełnić wybrakowany skład ekipy 0700 - Genek Baran i Krzysiu Zając! Mogą potem stanąć pomiędzy nagą laską na bilbordzie reklamującym betoniarki a napisem Bogdan607 wyklejonym literkami ze smerfami, tym samym dodając koloru i radości naszym szarym ulicom. Więc szpreje w ręce i zapraszamy do streetartowych psikanek.

czwartek, 5 kwietnia 2012
PAL STADIONY
Nasze rodzinne miasto stołeczne Toruń stanęło w końcu po słusznej stronie barykady. Piękną prospołeczną akcją nawołuje do jawnej nienawiści i palenia stadionów. Ciekawe jak się to skończy, ale podejrzewam że dla niektórych to może być spalony most raczej. Most na rzece między czarną dziurą a cywilizacją. Więc jak piszą organizatorzy na stronie projektu EURO STREET ART 2012 (prawie jak Mariusz M-city Waras): Jeśli lubisz sport, jeśli kochasz piłkę nożną to.... No właśnie! Jak kochasz sport to sobie porysuj. Jeśli lubisz rysować to sobie pokop piłę. W nagrodę w tym zacnym konkursie, w którego szacownym jury zasiada tuza środkowo-północnego polskiego streetartu Bartek Świątecki, będzie (3x TAK!) realizacja muralu o wymiarach 2.5 na 3.75! i potem można sobie jeszcze zrobić jego zdjęcie i obejrzeć je na stadionie. No rewela! Można jeszcze zrobić tak, żeby narysować coś na kartce, potem sobie zrobić z tym zdjęcie wydrukować je i powiesić sobie na płocie a potem zrobić sobie z tym zdjęcie. Jakby to powiedział Radek: typ robi zdjęcie typowi co robi zdjęcie. Więc zapraszamy do palenia stadionu, można sobie oszczędzić etap wstępny z przygotowaniem projektu. Dziwnym jest, że znany energetyk nie wszedł w tę zacną imprezę. Cieszymy się za to, że miasto Galla Kopernika wspiera młodzieżowe zajawki.
niedziela, 1 kwietnia 2012
CAŁY TEN SZUM
W dwóch odległych miastach w ciągu 48h zdarzyły się 2 i pół wystawy. Oczywiście na żadnej nie byliśmy ponieważ z Suwałk wszędzie mamy daleko, ale dzięki internetowi możemy poczuć się jak w centrum wszechświata i na każdą kwestię mieć wyrobiony pogląd i opinię. I oczywiście przeświadczenie, że to my mamy rację. Warszawę na razie odpuścimy, bardziej ciekawi nas to co wydarzyło się pod Wawelem.
Z naszej perspektywy jest tak. W 2012, ale raczej w 2011 roku ktoś prowadzący galerię i mający dojścia powiedzmy do różnych miejsc doszedł do wniosku, że może ten street art nie jest taki „gupi” i da się co nieco na tym zarobić. W końcu w tych całych Londynach, LosAndżelesach, Berlinach, Paryżach i innych jest pełno miejsc i ludzi, którzy zarabiają na tym street arcie i graffiti (i co tam, że większość tkwi w temacie przynajmniej od dekady lub dłużej). Załóżmy, że dla uwiarygodnienia swoich przyszłych działań, na imprezę, którą organizuje w Krk zaprosił znanego Włocha, którego ksywka brzmi prawie tak samo jak Bue, i przedstawiciela wrocławsko-zielonogórskiej szkoły malowania po ścianach, którego ksywka brzmi prawie tak samo jak Zbigniew. Potem przyszedł czas na robienie wywiadów i przy okazji próbę wydawania wydruków na płótnie, które będzie można pchać na rynek niczym szwedzki sklep obrazki banskopodobne. Oczywiście to wszystko mocno teoretycznie. Wcale tak nie musiało być. Ale załóżmy, że wiemy, że podejście do wydawanych prac było mocno nieprofesjonalne, a dużo osób zainteresowanych tematem tego co na murach dostało bardzo podobne maile z ofertą współpracy. Potem zaczęły się pojawiać plotki o wystawie, ale co ciekawe sami artyści (podobno) dopiero w ostatniej chwili dowiedzieli się o tym kto bierze w niej udział. A zapewne skład kształtował się trochę na zasadzie kogo warto zaprosić, z kim warto się dogadać i z kim zaprzyjaźnić żeby się uwiarygodnić i zarobić. Zapewne czystym przypadkiem był wywiad pomiędzy panem z ptakiem w nazwisku - organizatorem rzeczonej wystawy, a mężem „Banksyego w spódnicy”.
Chwalebne jest to, że w 2012 ktoś postanowił zorganizować wystawę w komercyjnej galerii starając się przedstawić to co dzieje się na ulicach. Jednak gdzieś w tym wszystkim przebija i prześwituje chęć zarabiania i lansowania się na plecach tych, którzy przez lata działali w temacie. Już kiedyś to pisaliśmy, ale MSG (nie mylić z Medison Square Garden) chyba nie odwiedzał wcześniej Baraki nie mówiąc o Viurze czy latających wystawach sprzed lat, nie organizował wystaw kiedy temat nie był jeszcze tak popularny, a ludzie z nim związani nie pojawiali się na aukcjach, nie wystawiali swoich prac za granicą i nie udzielali wywiadów. Nagle kiedy okazuje się, że zjawisko jest modne pojawia się ktoś kto dochodzi do wniosku, że zostanie jego przedstawicielem. I nie jest to nasze typowe wyśmiewanie- wyżywanie - obrażanie, bo doceniamy wysiłek włożony w zrobienie wystawy, która wypada z 6,5 raza lepiej niż ta organizowana przez rempex. i wogóle fajnie, że wystawa i emeryt graffiti, który lubi bawić się taśmą i specjalista od szablonu na emigracji w Berlinie i dwóch młokosów co lubią brudzić i chyba nie potrafią porządnie malować, plus faceci od margaryny spotykają się na tej samej wystawie co laska, która wyciska obrusy z cepelii w plastelinie i dwie całkiem nieznane osoby. Fajnie, ale niesmak pozostał.
No i tak przy okazji, to szkoda, że środowisko street ma za mało siły żeby zrobić taką wystawę i w związku z tym biorą się za to ci którzy mają kasę i chcą mieć kasę. Ale jak to napisał klasyk na murach w warszawskim 5-10-15 CASH RULEZ EVERYTHING.
czwartek, 29 marca 2012
STREET M.
Dlaczego na okładce STREETMAG jest tata Madzi????? Bruk sięgnął dna lub miejsca gdzie ostatnio dotarł James with his Cameron, czyli rowa.
DISCOUNT DISCOUNT
Stało się. Odbyło się. Nie sprzedało się. I można zapomnieć. Ale tak tylko żeby coś napisać. Żeby złapać kilka wizyt więcej, kilka dodatkowych wejść i jeden „lajk” więcej na fejsbuku - napiszemy kilka słów.
Na samą aukcję nie dotarliśmy- ze Szczecina to kawał drogi. Zresztą podjęliśmy decyzję, że nie bierzemy udziału w wystawach ani wydarzeniach, o których piszemy. Poszerzyliśmy również to o nie oglądanie prac osób, o których będziemy pisać. Dlatego to co wiemy o samej aukcji opieramy tylko i wyłącznie na plotkach, relacjach z trzeciej ręki i relacjach prasowych (których nie było, bo niby czemu miałyby być - z prasy był streetmag :). Więc wiemy, że mało prac się sprzedało. Zdecydowanie mniej niż w ubiegłym roku, a ceny które były uzyskiwane też odbiegały od tego co działo się 12 miesięcy temu. Większe zainteresowanie budziło licytowanie w dół , niż w górę. Nie licytowano wszystkich prac - jakby przeczuwając fiasko- tylko te, którymi zgłoszono zainteresowanie i wrzucono karteczkę z numerem do koszyczka. I o zgrozo, niektórych ze zgłoszonych prac również nie licytowano! Nie wiemy czy to prawda, bo brzmi to tak absurdalnie, że nie chce nam się wierzyć, ale podobno właśnie tak było. Nie licytowano też ku naszemu zdziwieniu płotów ani hostess.
Czy w Polsce nie ma rynku sztuki (głupie pytanie, wiadomo, że nie ma, przynajmniej w takiej formie jak na zachodzie, u nas to wciąż bardziej dziwne relacje towarzyskie)? Może po prostu sam tzw. street art w Polsce nie jest na takim poziomie żeby wzbudzać finansową ekscytację. Kiedyś ktoś mądrzejszy niż moi znajomi ale nie ja powiedział, że jak można robić aukcję czegoś czego w Polsce nie ma? No właśnie, przecież mamy tylko street art z nazwy, a nie w realnej przestrzeni.
Aukcja obnażyła też niemożność zainteresowania środowiska kolekcjonerskiego samym wydarzeniem- sala była pełna, ale tylko na słowo honoru. Ale to już wina organizatorów, a im poświęciliśmy chyba dość miejsca.
Może dopuszczenie do tego, żeby artyści sami wyznaczali ceny za swoje prace również nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Może gdyby ceny były niższe i od nich zaczynano licytowanie udałoby się sprzedać więcej prac? Na szczęście prace zostają w rękach artystów a ci najbardziej je lubią i będą o nie należycie dbać.
A może to już powolny zmierzch zainteresowania tym całym artem w naszym kraju? Świat galeryjny nie zainteresował się, media poświęciły tylko tyle uwagi ile było to konieczne i o ile dawało się to zestawić z Banksym w jednym zdaniu. I nikt oprócz osób patrzących na to z bliższej perspektywy nie traktował całego zjawiska poważnie.
A może problem polegał na tym, że na aukcji zabrakło polskiego Banksyego - Dariusza Paczkowskiego. Może wówczas średnia cen byłaby wyższa.
I dwa cytaty z aukcji które podbiły nasze serca:
1.Prowadzący: „Aukcja rozpocznie się z 10 minutowym opóźnieniem, bo jedna pani, która chce licytować dzwoniła , że nieco się spóźni, ale już do nas jedzie.” Biorąc pod uwagę ilość licytowanych obiektów możliwe, że nie dojechała.
2.Prowadzący: „Autor Peter Fuss, praca JP2, BXVI- po angielsku to będzie inaczej...”
Za cytaty dziękujemy- Ty już wiesz!
Na samą aukcję nie dotarliśmy- ze Szczecina to kawał drogi. Zresztą podjęliśmy decyzję, że nie bierzemy udziału w wystawach ani wydarzeniach, o których piszemy. Poszerzyliśmy również to o nie oglądanie prac osób, o których będziemy pisać. Dlatego to co wiemy o samej aukcji opieramy tylko i wyłącznie na plotkach, relacjach z trzeciej ręki i relacjach prasowych (których nie było, bo niby czemu miałyby być - z prasy był streetmag :). Więc wiemy, że mało prac się sprzedało. Zdecydowanie mniej niż w ubiegłym roku, a ceny które były uzyskiwane też odbiegały od tego co działo się 12 miesięcy temu. Większe zainteresowanie budziło licytowanie w dół , niż w górę. Nie licytowano wszystkich prac - jakby przeczuwając fiasko- tylko te, którymi zgłoszono zainteresowanie i wrzucono karteczkę z numerem do koszyczka. I o zgrozo, niektórych ze zgłoszonych prac również nie licytowano! Nie wiemy czy to prawda, bo brzmi to tak absurdalnie, że nie chce nam się wierzyć, ale podobno właśnie tak było. Nie licytowano też ku naszemu zdziwieniu płotów ani hostess.
Czy w Polsce nie ma rynku sztuki (głupie pytanie, wiadomo, że nie ma, przynajmniej w takiej formie jak na zachodzie, u nas to wciąż bardziej dziwne relacje towarzyskie)? Może po prostu sam tzw. street art w Polsce nie jest na takim poziomie żeby wzbudzać finansową ekscytację. Kiedyś ktoś mądrzejszy niż moi znajomi ale nie ja powiedział, że jak można robić aukcję czegoś czego w Polsce nie ma? No właśnie, przecież mamy tylko street art z nazwy, a nie w realnej przestrzeni.
Aukcja obnażyła też niemożność zainteresowania środowiska kolekcjonerskiego samym wydarzeniem- sala była pełna, ale tylko na słowo honoru. Ale to już wina organizatorów, a im poświęciliśmy chyba dość miejsca.
Może dopuszczenie do tego, żeby artyści sami wyznaczali ceny za swoje prace również nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Może gdyby ceny były niższe i od nich zaczynano licytowanie udałoby się sprzedać więcej prac? Na szczęście prace zostają w rękach artystów a ci najbardziej je lubią i będą o nie należycie dbać.
A może to już powolny zmierzch zainteresowania tym całym artem w naszym kraju? Świat galeryjny nie zainteresował się, media poświęciły tylko tyle uwagi ile było to konieczne i o ile dawało się to zestawić z Banksym w jednym zdaniu. I nikt oprócz osób patrzących na to z bliższej perspektywy nie traktował całego zjawiska poważnie.
A może problem polegał na tym, że na aukcji zabrakło polskiego Banksyego - Dariusza Paczkowskiego. Może wówczas średnia cen byłaby wyższa.
I dwa cytaty z aukcji które podbiły nasze serca:
1.Prowadzący: „Aukcja rozpocznie się z 10 minutowym opóźnieniem, bo jedna pani, która chce licytować dzwoniła , że nieco się spóźni, ale już do nas jedzie.” Biorąc pod uwagę ilość licytowanych obiektów możliwe, że nie dojechała.
2.Prowadzący: „Autor Peter Fuss, praca JP2, BXVI- po angielsku to będzie inaczej...”
Za cytaty dziękujemy- Ty już wiesz!
pozdrawiamy dżej pi tu/bi ex vi aj
wtorek, 27 marca 2012
ORA ET KOLABORA
Ej, po co są kolaboracje? Po to żeby zwiększyć klikalność, oglądalność fotologa czy co? Ja rozumiem tradycje wspólnego malowania, ale w wielu, ba!, nawet może w większości przypadków są kompletnie nietrafione i nieuzasadnione ani estetycznie ani nijak. Tak mi to przyszło do mojej zadufanej głowy kiedy sobie surfowałem po sieci i trafiłem na ostatnie połączenie pikaso (to trzeba mieć jednak banie żeby sobie taką ksywę wymyśleć) z kimś, z jakimś hombre (człowiek tudzież mężczyzna po hiszpańsku). No super, ja czaje, że sobie abstrakcjonista znany z mężczyzną vel człowiekiem poszli razem połazić, popić piwko i pomazać, ale czy muszą nam to potem pokazywać w internecie? Czy niektórych działań nie możecie artyści zostawić na ulicy tylko, albo najlepiej na kartkach. Kto zobaczy ten zobaczy i albo będzie żałował albo pójdzie dalej nie zwracając uwagi. Czy pewne osiągnięcia na polu art legitymizują działania o niskiej jakości? Spontaniczne kolaba, czy też wspólne produkcje, nawet jeśli są w modnym i wspieranym przez niezależne ośrodki stylu "dirty" i "post" nie mogą tylko udawać spontanicznych i przypadkowych. Treść i estetyka muszą być wsparte umiejętnościami i wyczuciem przestrzeni. Pikasowi z Hombrem mówimy stanowcze nie.
MOŻNA PRZYJŚĆ PROSTO Z ULICY
Justyna Dżbik przeprowadziła rozmowę z Joanną Dziewulską Panią Marszand z Domu Aukcyjnego REMPEX. I oto dowiedzieliśmy się od niej, że to ona odkryła polski street art dla kolekcjonerów! Tak kolejny odkrywca, kolejny krzysztof kolumb polskiej ulicy (w spódnicy). Wspaniale jak zwykle. Okazuje się również, że brakuje pracom z tegorocznego katalogu pazura i buntu i niegrzeczności. No to to wiemy, bez oglądania katalogu, ale może warto było lepiej poszukać, bo kłów, pazurów i grzechotników na polskim streecie nie brakuje. Ale jak się siedzi za marszandzkim biureczkiem to ich się nie znajdzie. Trzeba ich szukać właśnie na zewnątrz, a nie w internetowych przeglądarkach. Co do niepoprawności politycznej to tu okażemy się być wyjątkowo zgodni Pani Marszand - brakuje niepoprawności politycznej w polskim street i w polskim art. No, brakuje jak w każdym. W którym nie brakuje, w jakiej sztuce nie brakuje tej poprawności? Pani Joanna prywatnie Aśka uważa również z bólem serca, że zabrakło kilku artystów z wrocławia (ciekawe czy zastanawiała się dlaczego). My się cieszymy, że ich tam nie było. Że mają na tyle w sobie niepoprawności, że nie musieli. No nic to. Tak czy inaczej ważne, że kolorystyka jest radosna i można przyjść prosto z ulicy.
poniedziałek, 26 marca 2012
FEJSBUKU JESTEŚMY
W życiu każdego nienawistnika przychodzi taki moment, że chce pluć żółcią więcej i częściej. Dzięki Markowi Zuckerbergowi możemy obrażać innych łatwiej szybciej i częściej. Od dziś działamy też na fejsbuku. Oczywiście naszą główną bazą epatowania HEJTEM i opluwania bardziej utalentowanych od nas będzie ten blog, ale liczymy , że pozyskamy wystarczającą ilość fanów na fejsbuku by zarabiać duży hajs i móc jeszcze łatwiej obrażać innych.
sobota, 24 marca 2012
DRUGA POLSKA, AUUUUUUU....
Nie byliśmy wczoraj oczywiście na wystawie przedaukcyjnej organizowanej przez opaloną Panią z REMPEXU, który zmuszony cięciem kosztów przeniósł się do sal własnego Hotelu Harenda....ale mamy naszych wspaniałych wolontariuszy, którzy właśnie też piszą ten tekst.
Wchodzisz i JEB (celowo piszemy wersalikami bo ten wyraz jest równie ważny jak nazwa Domu Aukcyjnego)!!!! Ależ pierdolnięcie. Trzewia wykręca, oczy szukają ostrości. Łapią. Wali po gałach zjadliwa żółć (przez chwile myśleliśmy że to nasza sprawka). Żółty kolor, a jakże, przyciąga i zaprasza filuternie do środka. O ja cyn dole! Toż to prawdziwa sztuka z gatunku "real art". No git. Ale to nie ten M_City w czerwieni tak cię powalił i nie ten Jacyndol w żółci i nie te hostessy w czerni, chociaż one może najbardziej. To ten wyjebany pomysł na street artowe nawiązanie do urbanowej sztuki ulicy. Krata i betonowe bloczki. Płoty z budowy (jakby było jej mało w warszawie). No jaramy się na maksa. Z klasą te cegły na podłodze się prezentują. Te obrazy przeszkadzają trochę w patrzeniu na płot z budowy- ale on tu jest przejawem największego street artu. Jest ze streetu i nie udaje artu. Pozostałe prace też dają radę. Żyrandole całkiem, całkiem. Kredens rokokoko za płotem, zestawiony z literami Gonsiora - niech żyje avantgarda! Zasłony i klimatyzator między nimi - na bogato. Tylko te bohomazy na około jakoś wrażenie ogólne zaburzają, chociaż Bohomaza nie ma ani jednego.
Dość żartów!
Bądźmy poważni. Werniks nas nie rozczarował (nienawidzimy tego słowa, chyba że dotyczy werniksowanych prac, których tu mało raczej). Tego się po nim spodziewaliśmy. Chociaż nie podejrzewaliśmy, że może być, aż tak źle! Organizacja i ekspozycja prac to jedno - świadczy o podejściu Rempexu do tematu. Ojtam, ojtam taka tam sobie sztuka (no może i racja) to można "na odwal się" - full profeska. Same prace to osobna sprawa. Co do ich poziomu - już pisaliśmy jakiś co o nich sądzimy. Byliśmy wówczas niesprawiedliwi ponieważ nasze sądy opieraliśmy na zdjęciach zamieszczonych w katalogu. Teraz patrząc na żywo możemy stwierdzić jedno – większość tzw. dzieł lepiej prezentowała się w katalogu. Na żywo nawet nie błyszczały.
Kolejna kwestia to ich ceny? Skąd one się wzięły. Było jakieś losowanie i przyznawanie przypadkowo wybranych kwot do przypadkowych płócien? Kto o tym decydował? Pani marszand tak doradzała artystom? Jak to możliwe, że serwetka z cepelii odbita w glinie kosztuje więcej niż szablon Evy? Szumik ma cenę prawię taką samą jak Tone? Serio! Coś chyba tutaj nie gra. Gejsza za 2000 zł ?? A takie perełki jak Americano i Karty?
Kondkludując - nie lubimy tego i mamy nadzieję, że kolejnej edycji nie będzie, a artyści wycofają swoje prace z aukcji.
sobota, 17 marca 2012
ANTIGRAFFA
Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu jednymi nielegalnymi pracami w tak przecież popularnej stylistyce streetartowej, są prace związane z ruchami społecznymi a nie prace artystyczne. I nie chodzi mi tu o zaangażowane społecznie prace w języku jakim posługuje się np. EMASS, PETER FUSS albo chociażby mistrzunio BĄKSY. Mówię o pracach, które powstają tylko i wyłącznie w celu zasygnalizowania problemu społecznego i walki z tym problemem. Są takim samym elementem jak transparenty na demonstracjach, ulotki informacyjne o zgromadzeniach itd. Ostatnimi czasy pokazało się kilka takich prac w Warszawie (dot. problemów komitetów lokatorskich, przeciwników GMO czy zagadanień antyklerykalnych).W zeszłym roku mieliśmy silny atak antify, która przyjąłszy grafficiarskie patenty rozpłynęła się po mieście sprayami, czy dwókolorowymi rolltopami. Bardzo dobrze, niedobrze tylko, że nikt inny ale to właściwie nikt nie pokazuje czegoś innego. Nie ma wlepek, posterów, szablonów jak na lekarstwo (a jeśli to komercyjne lub właśnie walczące). Gdzie jest ten cały cholerny street art. Nie mamy o czym pisać!
czwartek, 15 marca 2012
Puszka z pandorą
Czas zająć się kilkoma kolejnymi sprawami, które burzą nasze dobre samopoczucie, niczym natowskie bombowce Sarajewo. Niszczą nasze wyobrażenie o tym jaka powinna być i jak powinna funkcjonować sztuka w mieście. Wyrosły jak psylocyby po deszczu i podobnie jak one mieszają w głowach mieszkańcom miast zaburzając rozumienie tematu. W ostatnim czasie pojawiło się kilka serwisów dokumentujących to co wykwita na murach naszych miast.
Weźmy na początek naszą obiektywną Puszkę. Strona w swoim założeniu miała w oparciu o metody socjologiczne kategoryzować i opisywać to co się dzieje na ulicach Warszawy. Podstawowym problemem takiego podejścia jest brak jakiegokolwiek zdefiniowania pojęć takich jak graffiti, street art itd. Jeżeli chcemy podchodzić do sprawy naukowo to proszę was bądźmy rzetelni i właśnie naukowi i stwórzmy metodę opracowania takiego zestawienia. Niektóre opisy malunków naściennych wołają o pomstę do nieba albo o zemstę w stylu palermiańskim. Pomijam czasem niepotrzebne zdania na temat małych wlepek, próby ich interpretacji czy w ogóle samo opisywanie tego co widać na obrazku. W przypadku nielegalnego graffiti takie opisy są świetnym materiałem dla organów śledczych. Dzięki takiemu leksykonowi nawet Arnold z 13.posterunku będzie umiał odróżnić CBS od CBŚ. Tak czy inaczej formuła puszki jest jak dla mnie zbyt zawiła - z jednej strony luzacka (wchodź z nami w dialog, poprawiaj nasze błędy) odsłaniająca niedokładności metodologii, z drugiej zbyt udająca chłodną i naukową (My robimy obiektywny spis z miasta, ty oceniaj). Kochani, gdzie ten obiektywizm? Nie ma czegoś takiego jak dziennikarstwo obiektywne, chyba że jednak jesteście badaczami...ale już się gubię w tej schizofrenii. Daleko jej do dobrych serwisów o streecie jak ekosystem czy streetfiles. No czepiam sie czepiam. Się uczepię jeszcze książki, którą puszeczka wydała - przewodnik po warszawskich wrzutach. Nieczytelny układ, zaskakujący negatywnie podział na rozdziały, nawigacja między tekstami a fotografiami. Nie rozumiem, kto i po co włożył tyle pracy w niefunkcjonalny przewodnik, z którym łatwo się zgubić.
Poza puchą jest parę innych serwisów. Ultrakomercyjny sosm, w którym możemy dowiedzieć się co kto i po ile sprzedał na zachodzie, zmusza nas do patrzenia na postgraffiti przez pryzmat wyników ekonomicznych. I pokazuje jak to tam za wodą jest fajnie a u nas bryndza i wrzuty na stodołach. Dwa serwisy lokalizujące grafeo i krk.lokator są chyba tylko próbą wyciągnięcia unijnych pieniędzy na "ciekawy projekt o mieście". Nie wnoszą nic nowego, nie mają celu, nie docierają do odbiorców. Nie mają nawet fajnego layoutu! Nawet nie próbują być dobre! Drodzy twórcy serwisów i vortali! Zmarnowaliście swój czas. Wasze pięć minut nie dość, że nie nadeszło to i minęło już bezpowrotnie.
Jest jeszcze parę innych adresów, ale na szczęście nie dodaliśmy ich do ulubionych.
Na zakończenie cytat z Sokoła:
Elo, Elo. Nieświadomi sie śmieją. Z dnia na dzień ich szanse maleją. Z dnia na dzień ja powracam na rejon z nadzieją, ze moda nie ogłupi wszystkich.
wtorek, 13 marca 2012
I Feel Too Bad w Galkolu
Zbliża się kolejna wystawa w Galerii Koloru, która od czasu jak przeniosła się ze swoją siedzibą jest w końcu też galerią. Nie tylko handlową. Samo miejsce do prezentacji młodych mazaków jest jako tako, jeszcze ujdzie, ale jeżeli ktoś chciałby tam prezentować sztukę (a chciał), to zaczynają się kłopoty. Niedoświetlona, a przez to ciemna i czarna niczym jaskinia lub honet'owa katakumba, przestrzeń nie daje wielu możliwości działania. Tak czy inaczej w GalKolu dostajemy od jakiegoś czasu co chwilę nowa ekspozycję. Nie znamy większości tych pretendentów do aspirantów na artystów, nie wiele nam mówią imiona, a rysunki ichże zlewają się w całościowy potok koloru. Mam wrażenie, że wystaw już tam było tyle co w dawnym viurze i barace razem, bo ciągle trafiam na nowe wydarzenie na fejsbuku i to tak często, że nie zdanrzam dotrzeć. Tak tak, piszę takie bzdury nic nie wiedząc o tym miejscu i nie będąwszy tam nigdy, ale mam trochę obawy, że natknę się na galerianki i paru skejtów z Kaliforni, którzy twórczość artysty skomentują trafnym i ponadczasowym - "kurde mordeczko wymiatasz, zajebiste grafy, jaram sie, bez kitówy ziom".
Tak więc najbliższa ekspozycja to przygotowana w pocie czoła wystawa mojego ulubieńca Felto aka smutnego wesołego pieska. Twórczość Felto jakkolwiek nie chciałaby nawiązywać do klasyków gatunku jak bue the warrior, turbo czy resto, a jego magazyn prngrfx chciałby być polskim Upstream, tak jak dla mnie bliżej mu jednak do franka myszy i reszty. Słaba kreska i naciągane pomysły (nie mówiąc o wieloletniej powtarzalności wizerunku psa) niestety nie wyślą go na czerwony dywan, a o don perignon będzie mógł sobie pomarzyć. Nie chcę wspominać już o bardzo silnym podobieństwie do charakterów niejakiego Es'a. No i ta śmieszniutka zapowiedź o zwierzaczkach i dinozaurach. Chyba przyjdę z dziećmi, tylko dam im najpierw neospazmine.
A pan ze sosm'u (dlatego ma sos w nazwie bo podobno swanski mu płaci, żeby o nim nie pisał) napisał: "dla antyfanów chyba też to dobra wiadomość- będą mogli pooglądać z bliska i przekonać się dlaczego nie lubią prac Felto!" No właśnie. Pójdziemy pohejtować, albo może będziemy hejtować z domu. Tak jak do tej pory - w kapciach i z herbatką.
sobota, 10 marca 2012
Marcin R. (46) połknął bakcyla.
Nie mogliśmy znieść tego, co dzieje się wokół nas, tej arogancji, buty, bezpardonowego zawłaszczania i niszczenia najlepszych kawałków przestrzeni publicznej przez jarmarczną tandetę.
Pozwoliłem sobie zacząć ten tekst od cytatu. Bo słowa wypowiedziane przez Marcina R. (46) w wywiadzie dla rzepy idealnie oddają to co czuję gdy w jakiś sposób stykam się z jego działalnością. Wiem, że MR już pojawił się na tym ociekającym żółcią i kompleksami blogu (przy okazji tekstu o pewnym albumie), ale tak się złożyło, że dzięki wywiadowi, którego udzielił postanowiliśmy wrócić do jego osoby. Z czego bierze się nasz „hejting” względem MR? No właśnie chyba z jego „arogancji, buty i bezprawnego zawłaszczania”, i wyjątkowo mało subtelnej promocji siebie i swojej małżonki. Ale po kolei wracamy do jednego z naszych ulubionych tematów czyli album uPruski Street Art. Pruski, pruski, jaki pruski? Polski Street Art!
Mogliśmy wydać to od razu za pieniądze sponsora, ale nie chcieliśmy, żeby polski street art był prezentowany przez Deutsche Bank czy Pumę.
To takie moje osobiste skrzywienie. Ale czy lepiej wydawać na swoje wizje pieniądze prywatnego sponsora czy państwowe - czyli nasze, podatników. Skąd pomysł, że chciałbym współfinansować ten album?
Spadły na nas gromy, że pokazaliśmy twórczość Kraca, writera-bombera obok wyrafinowanych płócien Wojciecha Gilewicza, a na wszystko nakleiliśmy etykietkę "street art".
Gromy spadły chyba też z powodu nierzetelności tej publikacji. I tłumaczenie teraz, że była ona skierowana do „empikowego odbiorcy”, niczego nie zmieni. Nie chodziło o pomijanie kogoś, ale raczej o dawanie osób, które nie powinny się tam znaleźć, a trafiły do albumu zapewne „po prośbie”. Poświęcenie takiej samej ilości przestrzeni na Elę Dymną/NeSpoon/małżonkę co na Zbioka czy M-City zakrawa na jakiś żart, ale do tematu wrócimy. Co ciekawe i zabawne, ten album w tym pełnym podziałów środowisku wszędzie miał podobną opinię: że nie powinien się ukazać. Trochę nas przestraszyła zapowiedź drugiej części, bo pierwsza była właśnie o te 200 rzeczonych stron za długa. Nie należy wrzucać wszystkich do jednego worka, takie jest nasze zdanie, bo kot kocurowi nie równy, nie mówiąc o myszach czy artystach typu "one hit wonder". Czy ona również będzie skierowana do empikowego odbiorcy? Czy może tym razem do „środowiska”?
Medialny sukces tego albumu sprawił, że w kolejnym roku, już na komfortowe zlecenie z wydawnictwa, mogliśmy zrobić publikację pogłębioną, pokazującą siedemdziesięcioletni korzeń ulicznej aktywności malarskiej w Polsce.
Tak, tak w ubiegłym roku przydarzył się nam wszystkim album „Graffiti w Polsce”. Zacznijmy od początku. Czy to jest pogłębiona publikacja? Rozumiem, że to komfort realizacji tego zamówienia sprawił, że część zdjęć ukazała się bez podpisów, a jedna z najważniejszych galerii Baraka została umieszczona „w Kazimierzu”, a nie „na Kazimierzu”. OK, może czepiam się szczegółów, ale przecież to one decydują o profesjonalnym wydawnictwie. Jeżeli chodzi o meritum, to dlaczego tylko 70 lat? Dlaczego nie więcej? Może 80, albo 90, albo 100. Przecież hasła pojawiały się na murach Warszawy już pod koniec XIX wieku. W takim wypadku Piłsudskiego można by uznać za jednego z pierwszych grafficiarzy na świecie (po Egipcjanach i mieszkańcach francuskich jaskiń). W albumie nadużywano nazwy graffiti by określać nią szablony czy hasła zaangażowane politycznie.
Street art, wliczając w to writing (tak, uważam że graffiti o korzeniach nowojorskich jest szczególnym rodzajem street artu) jest głównym nurtem sztuki współczesnej.
Tak to moje ulubione zdanie. Najulubieńsze. Po pierwsze okazuje się, że mamy graffiti o korzeniach nowojorskich, które ma tak naprawdę korzenie filadelfijskie lub jeżeli zagłębić się w temat korzenie w Detroit. No ale żeby to wiedzieć trzeba przeczytać coś więcej niż książki pisane przez siebie. Dalej okazuje się, że writing jest szczególnym rodzajem street artu! Już dawno nie słyszałem piękniejszego zdania. Na czym polega ten szczególny rodzaj? Przecież funkcja street artu jest zupełnie inna niż graffiti! Nie jestem też pewien czy street art to art :) I czy na pewno wszedł do głównego obiegu sztuki. Fakt, do mainstreamu (i tego galeryjnego, i tego pop) przedarło się parę nazwisk (i to jest uznanie dla artystów za ich sztukę). Ale samo zjawisko pozostaje w swojej niszy. Nie możemy wszystkiego uznać za art, na to trzeba sobie zasłużyć pracą. Banksy, Dface, BLU czy ktośtam jeszcze doszli do tego dlatego, że robią swoje na wysokim poziomie i mają coś do powiedzenia, a nie dlatego, że streetart wszedł na salony.
No ale czekaj czekaj! Jest też pe-reł-ka! Dariusz Paczkowski polskim Banksym! Chociaż jeszcze niedawno w telewizji tym szacownym mianem została określona Nespoon (!!!). Więc Banksych u nas jak psów, a psów też dużo na szczęście, to i czysto na ulicach mamy. Nie mamy wrzutów na streecie, mamy za to nagrody - oskary street artu, wyróżnienia, fleszy błyski, najdroższa whisky. Nic to nie warte, gdy ulice są martwe. Artaq jako wyznacznik poziomu w sztuce? Naprawdę? Prześledźmy listę osób wyróżnionych, a potem popatrzmy na realizacje w Europie. Na te, o których się pisze i mówi. Trochę brakuje, prawda? Coś mało przedstawicieli Anglii, Hiszpanii, Włoch, Skandynawii. Ale uznajmy Artaq za wyznacznik naszej potęgi! Super. I to takie miłe, że top 5 artystów w tym kraju MR rozpoczyna od swojej małżonki.
No i wisienka na naszym streetartowym torcie!
Galeria 40/40 największą galerią polskiego street artu? WOW!!! To świetnie wszyscy jesteśmy dumni i podekscytowani. Ale, ale czy na pewno? A może największą galerię street artu jest Łódź? Przecież Urban Forms zrobili tam większe ściany? Czy MR nie sądzi, że kiedy w jednym zdaniu mówi, że „za zgodą Stołecznego Konserwatora Zabytków i za pieniądze Urzędu Dzielnicy Bemowo zaadaptowaliśmy jeden z nich na olbrzymią galerię sztuki ulicznej” brzmi to co najmniej nonsensownie. Szkoda, że nie wspomniał, że przez lata pojawiali się tam ludzie, którzy nie potrzebowali zgód i instytucjonalnego wsparcia, żeby malować. Ale oczywiście oni też nie udzielali wywiadów chwaląc się tym faktem. Miejsce przez lata funkcjonowało jako „pustak” gdzie każdy mógł przyjść i pobazgarać, pisząc „kocham ewę” i malując chuja. Albo robiąc rewelacyjną typografię. Fakt, że przed otwarciem tej „galerii” zamalowano cały „brud”, który tam powstał i był realnym przejawem ekspresji, nikomu nie przeszkadza.
ps. Odnośnie pana przeprowadzającego wywiad, promotora sztuki, businessmana i kuratora, który odkrył ostatnio street art, a przez lata działał w Krakowie: Ile razy przez te wszystkie lata odwiedził pan Barakę, która działa zanim street art stał się modnym hasłem, na którym da się zarobić?
czwartek, 8 marca 2012
GDZIE JEST STREET ART?
Ostatnio coraz częściej pojawiają się informacje o wystawach street artu w galeriach. Szkoda, że sam street art. tak rzadko pojawia się na ulicach. Oczywiście nie chodzi mi o wielkie formaty legalnych realizacji powstające na kolejnych festynach za unijne pieniądze. Chodzi mi o te rzeczy, które mijasz rano idąc do spożywczaka po bułki i mleko? No gdzie one są? Wygląda na to, że częściej za przejawy takiej działalności odpowiadają ludzie związani ze środowiskami anarchistycznymi czy nawet kibice niż tzw. street artyści.
Wiem, że sezon na wychodzenie na dwór bez szalika i czapki tak żeby mama nie krzyczała dopiero się zaczyna, ale nawet w ubiegłym roku przejawy działalności zewnętrznej, nie inspirowane jakimś festiwalowym lansem/baunsem, były na poziomie promilowym. A teraz widzę, że każdy jest street artowcem. No to już! Na ulice!Żeby trochę pobrudzić, a nie tylko wpisywać sobie w artystycznym CV, że się jest street artowcem. Zresztą, kochani artyści street artu, co będzie kiedy nurt przestanie być modny (co już się dzieje na zachodzie) - jak będziecie się podpisywać?
środa, 7 marca 2012
sezon w pełni.
Gdy Sepe i Chazme liczą pliki peelenów inni dopiero sobie ostrzą zęby na sezonowe wyprzedaże. Już jest, jest, jest nowy materiał do niewybrednych komentarzy! Katalog na aukcję w rempexie, u szanownej pani marszand Joanny Dziewulskiej, która z nieodłącznym Piotrem Dziewulskim (zbieżność nazwisk przypadkowa) z magazynu Streetmag(azynu) wybrała dla nas perełki polskiej szkoły streetartu. I tak oto dostajemy zestawienie kolejnych wspaniałych artystów. Jedni to stare wygi niczym Marian M-city Waras czy wyżej wymienieni beneficjeni splendoru, inni to młodziaki na rynku i na odchodzących od niego ulicach. Who the fuck is aqualoopa? zapytam ponownie. Kim jest infantylny Jacyndol albo dlaczego Foxy i Esze nie umieją malować? Co tu robi dojrzała artystka Ela Prusinowska? Dlaczego Jolka K., która sprawdza się w wielkoformatowym collage'u sprzedaje zdjęcie pracy na budynku? Pani marchand spokojnie mogła wybrać po jednym geometryście czy beksińskim, a nie po pięciu od razu. W ten sposób ich wszystkich rozmienia na drobne dając o zrozumienia, że są dobrymi artystami (a może nie koniecznie są?). Potencjalni kolekcjonerzy nie kupią dzieł powtarzalnych, schematycznych. Generalnie równamy w dół. Jest parę perełek ale my tu wieprze jesteśmy. I cisza proszę! Żadnych oznak zadowolenia, bo ogony poobcinamy jak psu przed przyjazdem teściowej.
wtorek, 6 marca 2012
jak zostać street artystą 2
Ciąg dalszy naszej szydery z tego jak łatwo można zostać street artystą. To bardzo proste. Aby zacząć swoją karierę musisz wymyślić sobie jakiś charakterystyczny znak czy motyw, który rysujesz na kartce albo od razu, przy użyciu magic pena, przenosisz do komputera. Następnie drukujesz na papierze samoprzylepnym lub wycinasz szablon. Z gotowym materiałem idziesz na dwór i przyklejasz w windzie, na śmietniku odbijasz szablon i jeszcze na ławce przed szkołą, żeby ziomki i niunie widziały. Oczywiście wszystko skrzętnie dokumentujesz ajfonem czy co tam używasz. Właściwie wystarczy trzy do pięciu podobnych wrzutów (!). Wracasz do domu. Jeśli jesteś szybki i zdecydowany to cały bombing zajmie ci 15 minut, ale możesz przy okazji ćwiczyć nienachalny luz i robić wszystko tak jakbyś "miał wyjebane" - tak jest bardziej elo. Po tym etapie masz już właściwie połowę roboty za sobą. Teraz czas na promocję i marketing. Wrzucasz foty na fejsa albo bloga jakiegoś, oznaczasz na nich siebie i rozsyłasz innym na walle, albo, żeby nie było zbyt ostentacyjnie to komentujesz cokolwiek lub "lubiszto" u znajomego, licząc na to, że wejdzie potem na twój profil. Jak będziesz miał kilkanaście lajków możesz zająć się fanpage'm, potem czas na programy do obróbki zdjęć a więc zaczyna się zabawa w modę i dizajn. Wrzucasz swoje streetlogo (myszka, marchewka, stworek śmieszny) na wzór t-shirtu ściągnięty z netu i jupi! Masz już artworki, które możesz sprzedawać. Masz brenda własnego jak Brenda. Generalnie jakbyś trochę pomyślał wcześniej to mogłeś właściwie się nie ruszać z domu i wszystko zrobić via online i przy pomocy programów. Powchodź sobie też na fora o streetart to język podłapiesz też świeży. Wiesz już co to wrzuta, co to stikery, spraye i koniuszki do nich. No i tagi, ale ty ich nie robisz. No i to że graficiarze to kołki totalne i wandale a ty jesteś artystą. Wiesz co to dżem i wiesz co to kakao. Świat stoi otworem, albo to ty stoisz swoim otworem do świata i czekasz prosząc o kolejny raz :)
poniedziałek, 5 marca 2012
jak zostać street artystą?
Etykieta „street art” jest obecnie tak samo nadużywana jak jeszcze niedawno zwrot „limited edition”. Street art jest wciąż relatywnie modnym wabikiem działającym tam gdzie potrzebne jest nadużycie marketingu. Oczywiście przy działaniach korporacji to już nie powinno razić- ich działania są uczciwe- wmawiają nam, że wspierają coś co lubimy, albo , że same to kreują tylko po to żebyśmy kupowali ich produkty. My wiemy, że oni kłamią, ale akceptujemy to kłamstwo. Bardziej boli mnie sytuacja, w której przypina się etykietę Street Art „artystom” nie mającym z tym nurtem nic wspólnego. Moim ulubieńcem jest Aquloopa, który zaczął wypływać na szerokie wody lokalnego „fejmu” i artystycznego „hajpu” w ubiegłym roku. Jego prace wcześniej widziałem w kilku warszawskich lokalach, ale przyznam się bez bicia, że na ulicach w pustostanach czy w szeroko pojętej przestrzeni miejskiej raczej nie doświadczyłem wątpliwej przyjemności oglądania jego prac. Było tak, aż do momentu, kiedy zrealizował dwa duże murale, przy wydatnym współudziale Good Looking Studio, w centralnych punktach stolicy. Przy wszystkich opisach działalności Aqualoopy pojawia się zwrot artysta „street artowy”. Skąd ten street art się wziął nie mam pojęcia, ponieważ ani ja ani żaden z moich znajomych, średnio-znajomych, a także całkiem obcych osób, nie widział prac Aqualoopy w kontekście jakiego by wymagało ich określanie mianem street artu. Chociaż może nad Wisłą wystarczy zrobić jakiś legalny mural i wkręcić się po układzie na aukcję polskiego Street Artu żeby już być reprezentantem tego nurtu? Zupełnie inną kwestią jest uderzające podobieństwo prac Aqualoopy do artysty imieniem Joe Burgerman. Zapewne jest to czysty przypadek, a nie zwyczajne, ordynarne zrzynanie. A może nie?
sobota, 3 marca 2012
letni sezon festynowy
Zbliża się ten moment kiedy kreski termometrów poszybują powyżej 10 C a słońce będzie wisiało długo i nieprzerwanie nad naszymi głowami. Wraz z tą przyjemną zmianą zapewne pojawi się kilkadziesiąt rewelacyjnych nielegali i cała masa przypadkowych i obrzydliwych rzeczy, które trudno zaklasyfikować w jakikolwiek sposób. Ale pojawi się też kilka festiwali. O których na pewno będzie głośno ze względu na nagłośnienie medialne i współpracę z lokalnymi władzami. Oczywiście najłatwiej brać na cel stolicę i street art doping, ale nie mniej mierzi mnie postawa i działania Urban Forms z Łodzi. Mimo wiedzy i możliwości, szerokich kontaktów UF stawia na jednowymiarowe malowanie wielkich powierzchni. I nic więcej. Nie ma tam żadnej myśli, tematu ani nawet spójności działania w sferze koncepcji. Są tylko wielkie ściany. Często tak duże, że prace artystów wyglądają na nich jak wykwity na twarzy nastolatka (podobna sytuacja była w czasie ubiegłorocznego SAD w Warszawie. Nakłady finansowe przeznaczone na ścianę kina Atlantic nie dawały możliwości wykorzystania jej potencjału w pełni). Urban Forms skupiają się na wielkoformatowych muralach zapominając o całej masie innych działań, które są miejską formą wyrażania. Przy ich świetnie zorganizowanym marketingu mogliby zrobić dużo więcej dla tego nurtu sztuki, a tak zamykają całą sytuację w ładnych malunkach. A co będzie kiedy w Łodzi zabraknie dużych ścian?
czwartek, 1 marca 2012
to graffiti było przez nas poprawiane
I znowu graffiti i street art zostały delikatnie wykorzystane przez bezmózgich korporacyjniaków. Ludzi opamiętajcie się. Wiemy, że chęć bycia cool i zbuntowanym jest czasem tak wielka, że posuwacie się do dziwnych rzeczy i sytuacji. Otóż na łamach portalu domo+ pod linkiem "urządzanie na planie" (jaram się tą nazwą, prawie jak "sranie w banie") Pani Katarzyna Filemoniuk aka Wielka Scenograf przyznała się wprost do kamery do plagiatu i naruszeń praw osobistych do dzieł. W prostych słowach uznała graffiti namalowane przez różne osoby w kamienicy 5-10-15 przy Mokotowskiej 73 za swoje. Ot, tak. Bezczelność wannabees czegoś takiego jeszcze nie widziała. Sprawa jest w toku. Podobno Pani Kasia otrzyma niedługo od prawnika pismo i zobaczymy jakie charakterne będzie malować graffiti wtedy.
"to graffiti było przez nas poprawiane" mówi Pani Kasia.
niedziela, 26 lutego 2012
how to get there?
Panowie z V9 zaprosili nas ostatnio na wystawę TO GET THERE (FRM/GORO/MRUFIG/OTECKI) . Ta zabawa słowem odkrywa przed nami zamysł wystawy odwołujący się do wspólnego tworzenia, zgodnego z zasadą jammingu, czy z kierunkiem wytyczanym przez vlepvnet projektem Massmix. W zaproszeniu na wydarzenie czytamy: "Wspólne malowanie ma oczywiście długą tradycje nie tylko w historii sztuki ulicy. Zarówno temat pracy kolektywnej, jak i kategoria indywidualnego stylu, to artystyczne mity które street art odziedziczył po kulturze graffiti. Wystawa to get there proponuje naukową sekcję tych archetypicznych wątków." W pracach, które oglądamy na ścianach V9, poza czysto formalną zabawą, łączeniem estetyk, kolorystyki i kształtów nie znajdujemy tego naukowego podejścia. Wspólna zabawa pozostaje jedynym czytelnym znakiem tej wystawy. Nie wiemy co się działo między malarzami, nie wiemy czy doszło do dialogu i rywalizacji. Dostajemy tylko efekt obrazka. Brakuje w tych pracach treści, potwierdzenia kuratorskiego zamysłu. Nasuwa się również pytanie gdzie jest ten eksperyment? Powtarzając kolejny raz schemat kolaboracji artystów postgraffiti nie dostajemy żadych nowych wyników. Gdzie się podziało krytyczne podejście do street artu, o którym Ixi Color, kurator z V9, mówił w ostatnich wywiadach. Czy wygrała jednak chęć wspólnej zabawy farbami i wspólne przeżywanie procesu twórczego, niewidoczne dla odbiorcy, który otrzymuje tylko kolejne "fajne obrazki"?
Część prac była wyraźnie robiona na ostatnią chwilę, bez przemyślenia. Niefortunne połączenie materiałów (tektura) na niektórych płótnach zamiast je wzbogacić zubożyło je niedokładnościami technicznymi. Natomiast praca na ścianie wskazuje tylko, że kolaboracje są przeważnie fajne tylko dla twórców, a dla odbiorców są trochę naciągane i na siłę. Dwaj wrocławscy "uczniowie" Sławka Czajkowskiego są sprawni malarsko i prowadzą ciekawe narracje solo, Goro chyba jednak lepiej odnajduje się w pracach bardziej koncepcyjnych (mural w ramach akcji Elevatory czy wystawa z 2008 roku w Zielonogórskim BWA) i w sytuacji stricte estetycznej goni w piętkę, a Mrufig jako mistrz detalu, chyba był zbyt spięty.
wtorek, 14 lutego 2012
s-f w świecie sztuki
Uwielbiam książki. Szczególnie te z gatunku S-F. Ale nie tylko takich autorów jak Dick, Lem, Clark, Asimov czy Herbert. Akcja nie koniecznie musi rozgrywać się w dalekiej przyszłości, żeby było dobre S-F. Jedną z lepszych pozycji gatunku jaka wpadła mi w ręce jest para-dokumentalny album pt: Polski Street Art.
Już sam tytuł jest mocno fantastyczny, bo w wspomina o czymś co rzadko można zobaczyć na ulicach polskich miast (poza wielkoformatowymi muraliami robionymi przy wsparciu władz). Ale autorzy mieli więcej wyobraźni i przewrotnego poczucia humoru!
Jednym z najlepszych zabiegów było wymyślenie jednej z bohaterek tej publikacji. Stworzyli „artystkę” posługującą się pseudonimem NeSpoon i w albumie poświęcili jej tyle samo miejsca co jak najbardziej realnym postaciom: Zbiokowi czy M-City. Autorzy puścili do nas oko i umieścili pracę NeSpoon na okładce publikacji sugerując, że w tym wydumanym świecie polskiego street artu zajmuje ona poczesne miejsce. O mocno nierealnych korzeniach NeSpoon niech świadczy pierwsze zdanie w jej notce: Street Artem interesuję się od zawsze. Uważny czytelnik od razu wyczuł żart, przecież pojęcie street art funkcjonuje dopiero od kilku lat (po 2000 roku). Więc, zdanie „interesuję się nim od zawsze” powinno mocno sugerować nierealny byt samej NeSpoon. Ale tutaj mocno insiderska informacja. NeSpoon istnieje ale jako Ela Dymna- czyli autorka książki. Ma jednak mocno dualistyczne podejście do siebie bo udziela wywiadów zarówno jako Ela Dymna i jako NeSponn- różnice można poznać po tym, że w tych gdzie występuje jako Ela pokazuje twarz, w pozostałych - nie.
Autorzy piszą również coś o jakiejś zbieżności między polską szkoła plakatu filmowego (tak istniała, doczekała się uznania na świecie , kilkudziesięciu wystaw i bardzo drogich i trudnych do zdobycia prac), a polską szkołą street artu( nie widzieliśmy, nie słyszeliśmy i nie wiemy czym się wyróżnia).
Kolejnym elementem pokazującym kunszt autorów w budowaniu „nie do końca realnej rzeczywistości” jest wrzucenie do tego albumu niejakiego Kraca. Jego działalność ma tyle wspólnego ze street artem co muszka owocówka z tendencją by w Warszawie umieszczać bary w starych szaletach publicznych, czyli NIC. Przeglądając album mozna natrafić na taki chaos i oderwanie, że tylko Stephen Hawking mógłby znaleźć jakieś wyjaśnienie dla tego dzieła. Dlatego zgłosimy je do nagrody Hugo w najbliższym czasie. A już niedługo omówimy drugą część tego wydawnictwa poświęconą graffiti!!!

poniedziałek, 13 lutego 2012
Hello, my name is fake.
hahaha. jakiś rok czy dwa nawet temu odbyła się podobna impreza z tymże z tego co pamiętam to podobno czapki zostały zlicytowane na jakiś szczytny cel. super, czapki jak czapki, ale przynajmniej jakiś cel. w ostatnią sobotę było podobnie z tymże regres poziomu malujących i brak celu dały raczej marny ogląd "warszawskiej czołówki wrajterskiej". te same odgrzewane kotlety. zarówno formuła jak i zaproszeni artyści. zabrakło tylko może nespoon i franka ze zbyszkiem. był za to merd z dilgangu, ale zajęty rysowaniem dzieciakom tagów za pieniądze ich starych. kilka zdjęć można zobaczyć na SULWie
PS. bardzo śmieszna jest w ogóle nazwa tej strony powyżej - sulw (ale o tym następnym postem), jest już też sosm, zaraz powstanie bog (blogograffiti) i saws (streetartwsieci).
sobota, 11 lutego 2012
przypalone suchary
czwartek, 9 lutego 2012
aukcja szitartu
heh, po roku kolejna odsłona "pierwszej polskiej" (pierwszy i do tego polski - wspaniale i narodowo jest) aukcji street artu. Zeszłoroczna aukcja w Rempexie pozostawiała wiele do życzenia, prace osób częściowo związanych ze sceną, albo krążących gdzieś obok, sezonowe zjawiska na fali mody na streetart (swanski, nespoon) albo w ogóle "artystów" nie związanych z niczym (nawet z artyzmem) - Olin, Jola Kudela, Natalia Rak - kto to są????? No i wielkie rozczarowanie - pseduo wypromowany i napompowany pieniędzmi Artinfo artysta - Aqualoopa - nieumiejętnie kopiujący styl Jona Burgermana. Aukcja była oczywiście zorganizowana profesjonalnie, bo tymże Rempex się zajmuje, jednak pod względem kuratorskim i artystycznym wołała o pomstę do nieba, brak konsultacji z osobami/ekspertami znającymi sie bardzo dobrze na temacie (a jest takich parę w Warszawie i nie tylko) potwierdza tylko słabe zaangażowanie się w temat i traktowanie street artu w kategoriach mało istotnej ciekawostki.
Ciekawe jak będzie w tym roku. Myślę, że podobnie. W nazwie mamy "druga polska" co wskazuje, że aukcja jest polska. Wspaniale.
środa, 8 lutego 2012
wtorek, 7 lutego 2012
sneakery jako sztuka
Tak, hejtuje wszystkie strony o tzw. kulturze butów sportowych. Zbiorowo! Od tenisufek przez Suede&Meash, The illest czy jakieś sznurówki, maggnesy i wszystkie stronki, które napisały kiedyś, że jest coś takiego jak KULTURA trampek, albo , że buty sportowe to dzieło sztuki. OPRZYTOMNIJCIE! To marketing. Naciąganie, sprzedawanie i handlowanie. Czy naprawdę para butów zrobiona Nawet za 20$ w Wietnamie jest warta 160$ w Europie??? I czy naprawdę wierzysz w to, że nosząc Air Maxy, ktoś pomyśli że jesteś kimś fajniejszym i bardziej cool niż w rzeczywistości? OK. kilka osób tak pomyśli. Ale przecież na koniec dnia to i tak są tylko trampki i zawsze będą śmierdziały przepoconą skarpetką. A tak naprawdę hejtuje to gówno bo te strony mają więcej wejść w ciągu dnia niż moje w ciągu miesiąca!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























