sobota, 29 grudnia 2012

AUTOMURAL

Zapomnieliśmy już o leżącym w rogu salki wystawowej V9 tlącym się ze wstydu egzemplarzu Polskiego Streetartu. Zapomnieliśmy o jego kontynuacj - PSY2 (niestety bez rewelacyjnego Bogusia Lindy, który przeszedł na ciemną stronę mocy i reklamuje paramedyki dla starców), o opasłym tomie leżącym teraz gdzieś między bobmingiem (tłum. pudełko na bombki) a pudełkiem zapałek. Mamy ciągle w rękach świeży numer Concreta przybliżający nam do znużenia wschodnią scenę graffiti i to nie koncepcyjny niuskul, ale tradycyjne wrzuty, których nikt by nie zauważył gdyby nie wydawnictwo ze wschodu.

Niedawno dostaliśmy do naszych rąk również publikację podsumowującą działanie grupy szablonistów skupionych wokól "szablon dżemu". Skromnie i bez zadęcia. Robią swoje. Z niecierpliwością oczekujemy Graffiti Goes East czyli podsumowania ostatnich dwudziestu paru lat writingu w Polsce - tego właściwego graffiti a nie tego o którym pisze Rutkiewicz w książce Graffiti w Polsce. Czekamy na kolejne graff magazyny, czyli Addict i drugi numer CAPITALA, ale to tematy niszowe raczej.

Rynek wydawniczy książek z obrazkami jest równie marny jak tych z literami do czytania. Albumy o graffiti, street arcie, przestrzeni publicznej czy różnych subkulturach miejskich sprzedają się przed świętami a potem kurzą się na półkach. Pozycje muszą być naprawdę ciekawe i elegancko podane, aby warto było do nich wracać.

Mimo wypieków na osmalonej Polskim Street Artem twarzy zaczynamy się już wiercić na samą myśl o styczniowej premierze. Otóż światło dzienne (ukrywana skrzętnie w czeluściach facebooka) antologia/tomisko/epopeja czołowego twórcy streetartu narodowo-katolicko-wyzwoleńczo-martyrologicznego - Rafała Roskowińskiego - Autoportret z Muralem. Dzięki rewelacyjnej informacji w sieci o książce nie wiadomo nic. Sądząc po tym, że jako autor na okładce jest wymieniony sam twórca Rafał Roskowiński, możemy się domyślać, że książka nie tylko jest autoportretem ale również może zawierać wątki autobiograficzne. Więc może się dowiemy jak Rafał przeszedł z polski A do polski B, jak jego świat zmieniał się wraz ze zmianą tematyki na muralach, wraz ze zmianą zleceniodawców i popleczników.

Czekamy z niecierpliwością, bo poza rzeczywistymi walorami estetycznymi początkowej twórczości Rafała może dowiemy się czegoś więcej, bo jak narazie Autoportret z Muralem staje się żywą legendą i już jest klasykiem w naszej biblioteczce.






poniedziałek, 17 grudnia 2012

ZARZĄD ZARZĄDZIŁ

Przepraszamy, za chwilową przerwę, ale poprzedni wpis był wpisem setnym, a w umowie sposnorskiej z adidasem mamy zapisane, że po stu postach możemy pojechać na urlop. Oczywiście nigdzie nie pojechaliśmy, bo u nas w Sierpcu tyle się dzieje co na dworcu w Kutnie. Tak więc wracamy. Zajmiemy się dziś znowu graffiti. Tzn graffiti takim, które wszyscy lubimy, którego trochę się boimy i którego podskórnie większość z nas chciałaby się pozbyć. Graffiti, które szpeci, które zajmuje nieswoje tereny, graffiti które pojawia się w miejscach niedozwolonych. Mówimy o klasycznym ulicznym liternictwie, tagach, wrzutach i bombach (pomijamy temat kolejek, bo miastu tu niewiele do niego).

Kilka lat temu, tuż przed nastaniem jaśnie nam w Warszawie panującego i zbierającego odpowiednie brawa i pociski festiwalu Street Art Doping (SAD), Zarząd Dróg Miejskich (ZDM) - właściciel wielu ścian, murów oporowych czy  filarów - postanowił przeznaczyć część swojej betonowej bazy pod graffiti. ZDM wraz z wtórującymi mu założycielami SAD objawił światu metodę na walkę z graffiti (z tym złym graffiti - które sika na murki i ściga się w ilościach i wielkościach pozostawianych śladów). Otóż wpadnięto na pomysł, że więcej wolnych (czyt. uwolnionych od ręki właściciela) ścian powstrzyma falę bezmyślnych tagów i wrzutów zostawianych przez złych chłopaków w podwiniętych spodniach. Te parę lat temu dziennikarze zadawali te same pytania, które zadawali jeszcze wcześniej i które zadają do tej pory. Czy graffiti to sztuka czy wandalizm. Próbowaliśmy ich przekonać, że to drugie, ale widać nikt nie chce słuchać. Graffiti to nie jest coś co można ustawić, zinstytucjonalizować i potem zarządzać. Od tego jest street art, który nawet nie tyle się zinstytucjonalizował co po to właśnie powstał. Powstał by podjąć komunikację z miastem,  by podjąć temat poza granicami walki z systemem. Street Art powstał by się sprzedawać, by być ładnym i by robić projekty. Graffiti powstało by być. Tylko tyle. 

Swoją drogą ciekawe czy ścianami na Rondzie Sedlaczka zarządza na podstawie starej umowy z ZDM fundacja "do dzieła" zajmująca się organizacją SAD, czy może można malować free graffiti na rzeczonych filarach. 

ZDM zarządza i nie wie, że tylko dolewa oliwy do ognia. Legalne ściany do graffiti to nie tylko fajna inicjatywa. To również podsycanie i podbijanie zajawki. Dużo miejsc do graffiti znaczy więcej graffiti. Legalne ściany to miejsca szlifowania umiejętności, które można wyeksportować poza wyznaczone miejsca. Legalne ściany to miejsca, w których lokalni fejmowcy mogą zabłysnąć skillsami i zaproponować miecz zamiast piłki setkom chłopców w kapturach, którzy swoje pierwsze szlify będą zdobywać nie na legalach, gdzie wiadomo, że rządzą starsi, tylko na klatkach schodowych i elewacjach swoich osiedli.

"Guma do żucia - papieros" nigdy nie będzie tym prawdziwym szlugiem.




czwartek, 6 grudnia 2012

ZA WOLNOŚĆ. cd.

Pod wczorajszym postem pojawił się taki oto komentarz - ciekawe czyją ręką pisany.

Limitowana edycja Absolut Polakom będzie szeroko dostępna. Dystrybucja obejmie wszystkie sieci handlu nowoczesnego i oczywiście handel tradycyjny. Wspierana będzie silnie w punktach sprzedaży poprzez standy, shelfstoppery, mini ekspozycje na półkę, maty ladowe i inne. Sugerowana cena detaliczna w hipermarketach: 39,99 pln za 0,7l.
 
Nie mamy w zwyczaju usuwania komentarzy. Może dlatego, że pojawiają się tak rzadko, że je bardzo cenimy. Ale z tym mieliśmy problem. Ale już nie mamy. 

Ten komentarz tylko podkreśla to o czym pisaliśmy i co czuliśmy przy tym tekście. Że to ściema. Że to całe gadanie o „uhonorowaniu”, „narodowych wartościach” „dumie” i „naszym największym problemie „czyli braku dystansu”, Paweł, to ściema. Słowa puste jak bańki mydlane. To reklama. Chamska prymitywna reklama z koncepcją opierającą się na haśle „no to za wolność”! Nic więcej niż wyciąganie kasy na wzniosłe ideały. I kiedy robi to firma robiąca buty czy koszulki, tzn, kiedy wmawia nam, że w tym będziemy lepsi czy ładniejsi, to ok. To gra i wszyscy w nią gramy. Ale to - „akcja wolność” - to zwykła blaga. Prymitywna i niefajna. I ten komentarz to pokazuje. W taki prosty i wulgarny sposób. Nie łatwiej było absolutowi po prostu nakleić biało - czerwoną flagę na butelki. Może mieli by niższe koszty promocji, a też mogliby powiedzieć, że postanowili nas uhonorować.




środa, 5 grudnia 2012

WOLNOŚĆ, KOCHAM I ROZUMIEM. WOLNOŚCI ODDAĆ NIE UMIEM.

Ale mogę ją kupić. Pod choinkę. O,7 litra. 40% wolności.

Są takie symbole, słowa, czy gesty, które zapadają nam w pamięć. Stają się czymś więcej niż tylko chwilowym wyrazem emocji. Stają się symbolem, ucieleśnieniem idei. Wizualną definicją haseł, ruchów czy nadziei i tysięcy czy milionów ludzi. Dla mnie czymś takim jest V- gest ze schowanymi trzema palcami dłoni i wyprostowanymi dwoma. Ten prosty gest będący symbolem zwycięstwa idei, triumfu ludzi i ich nadziei zapadł mi w pamięci. Zawsze będzie mi się kojarzył z Lechem z wąsami w swetrze i z wielkim długopisem, niezależnie od ocen tego człowieka, on sam i jego gest stały się symbolami- zwycięstwa i wolności. Nawet system komunistyczny ustami Jerzego Urbana powtarza, nienawidził tego gestu do tego stopnia, że powtarzał odnośnie V, że jest to "Litera, której nawet nie ma w polskim alfabecie".

Teraz odkryłem, że to co miałem za ideę i symbol jest świetnym nośnikiem reklamy. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. W naszych czasach prądy, trendy, zjawiska kultury i sztuki stawały się nośnikami treści marketingowych. Pod płaszczykiem fajności pozwalano nam kupić wizję siebie, fajniejszego, ładniejszego, zdrowszego, mądrzejszego bardziej kulturalnego. Już kilka lat temu miałem przeczucie, że korporacje zaczną sprzedawać idee. I nie chodzi tu o wykorzystywanie słów opisujących idee, tylko o nie same. O to, że niedługo ktoś będzie miał monopol na miłość, wolność, że ktoś kupi sobie kolory lub myśli. Jesteśmy niedaleko. Absolut nawet idzie krok dalej - pisze, że marka postanowiła nas Polaków uhonorować „pierwszy raz w historii”. Uhonorowanie sprowadza się do umieszczenia gestu/ symbolu ( takiego samego jak napis Solidarność tylko, że nie chronionego prawami autorskimi na swojej butelce). Butelce wódki. Jak na ironię chlanie na umór z wolnością kojarzyło mi się tylko do jakiejś 3 klasy liceum (chociaż kolega obok się nie do końca z tym zgadza), a panom których mijam z rana z czerwonymi nosami pod sklepami z alko butelki raczej na pewno nie kojarzą się z wolnością. Chociaż tu mogę nie mieć racji. Patrząc na tę reklamę poczułem jakiś wewnętrzny zgrzyt. Nie chodzi o patetyzm narodowo-patriotycznych haseł. Raczej o to, że 30 lat temu młodzi ludzie pokazujący ten gest na demonstracjach szli siedzieć, a jakiś opresyjny system starał się ich pozbawić tej magicznej wolności. Teraz natomiast ma to być fajny wabik, żeby się nawalić. Dla wolności? Za wolność!!!!

OK, dlaczego o tym piszemy? Bo autorem projektu jest Swanski, który gościł u nas już kilkakrotnie. I cała sprawa ma dwie strony, a może jeszcze kilka? O pierwszej już napisaliśmy, a teraz druga. Miło, że rodak trafił do projektu realizowanego od 1986 roku. W światowej odsłonie projektu brali udział Warhol, Haring, Kenny Scharf czy Vik Muniz (oczywiście mówimy o seriach międzynarodowych, a nie lokalnych takich jak Polska, których było zdecydowanie więcej). Jednak fajnie, że dział marketingu Absoluta dostrzegł Swanskiego. Nie mamy nic przeciwko temu, że Swanski zarobił pieniądze na swoim talencie, nie róbmy zarzutu z tego powodu, że współpracuje z korporacją- nie widzimy w tym nic złego. A zresztą nie ma nic lepszego niż zarabianie tym co się kocha robić, a Paweł pewnie kocha rysować. Powodem dla którego napisaliśmy tych kilka słów jest niesmak kiedy patrzymy na reklamę wykorzystującą symbol wolności po to, żeby sprzedawać coś co ma niewiele z nią wspólnego. Oczywiście to nasza opinia, do której mamy prawo, a wy macie prawo się nie zgadzać. Dlaczego? Bo WOLNOŚĆ to coś więcej niż 40% w 0,7 litra.

ps. Tak dla porównania. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na mieście zobaczyliśmy naklejki Swanskiego z V i napisem "wolność", Forin odpalił swój projekt Wolność. Jakby to powiedzieć wolność wolności nie równa.

I było by wszystko w porządku, gdybyśmy ten tekst zakończyli. Jednak po ostatnich rozmowach w redakcji i poza nią doszliśmy do wniosku, że może by zacząć próbować rozmawiać i pytać o zdanie na temat różnych wydarzeń i akcji artystycznych samych artystów, kuratorów czy marszandów. Idąc tym tropem wysłaliśmy Swanskiemu pytania. Szkoda, że nie widzieliście pierwszej odpowiedzi. Chyba się momentami rozminęliśmy z clue tematu i samej krytyki. W zamian w końcu dostaliśmy dopracowane odpowiedzi, pełne sformułowań z działu marketingu.
- Jak doszło do tej współpracy i dlaczego to poszło w takim kierunku. - mam na myśli - jak do tego doszło i czy były długie rozmowy, w których "negocjowaliście" efekt finalny projektu?

SWANSKI:
Firma Absolut zaprosiła mnie do współpracy i zaprojektowania butelki odnoszącej się do naszego narodowego ducha. Wspólnie zdefiniowaliśmy te cechy jako niezależność, indywidualność i nie poddawanie się. A przede wszystkim to z czym Polacy są kojarzeni na świecie czyli wola walki o wolność, którą ostatecznie wygraliśmy. Nie braliśmy pod uwagę cliche na nasz temat jakie krążą po świecie, najważniejsze dla nas były te pozytywne cechy. Nie było żadnych negocjacji, nie były potrzebne w tym przypadku.

- Kto postanowił "podszywać" się pod kampanie społeczne nawołujące do odpowiedzialnego obywatelstwa itp. - może jestem nie doinformowany, albo niewiele widziałem - ale mam wrażenie, że do tej pory projekty wykorzystujące symbolikę dłoni pokazującej V dotyczyły postaw obywatelskich, namawiania do głosowania lub były projektami czysto artystycznymi i niekomercyjnymi.

SWANSKI:
Nie wiem w jakim kierunku celujesz to pytanie, bo tak jak ty nie wiem kto i kiedy chciał się pod takie kampanie podszywać. Jeśli mówisz o kampanii Wybieram.pl to ja byłem autorem towarzyszącej jej oprawy graficznej. Więc jeśli się odwoływałem albo cytowałem to samego siebie, jeśli masz na myśli podobieństwo.
V to jest symbol nie tylko związany z Lechem Wałęsą, czy Solidarnością, to symbol historyczny ale tez głęboko zakorzeniony w popkulturze. Polacy nie mogą uzurpować sobie wyłączności do niego, ale z drugiej strony V symbolizuje to co dla nas ważne - wolność i zwycięstwo. To jest nasz wkład w historię Europy i świata. Mieliśmy założenie odnieść się do tego ducha a nie naszego folkloru czy czego innego.

- Czy biorąc udział w tym projekcie świadomie narażałeś się na posądzenie o kontrowersyjność i czy nie uważasz, że butelka wódki nie musi symbolizować wolności (tym bardziej w odniesieniu do historii).

SWANSKI:
W naszym kraju nie trudno narazić się na kontrowersyjność. Kompletnie brak nam dystansu do samych siebie, gdy jednocześnie oczekujemy go od wszystkich innych. Oczywiście w pełni świadomie projektowałem tę butelkę. Tak jak przy innych projektach, zdawałem sobie sprawę, że narażę się tym którzy twierdzą, że jako jedyni dzierżą prawo do decydowania co dobre a co złe (mamy nadzieję, że to o nas - przyp.red.). Butelka wódki nie symbolizuje wolności, to produkt. Jest to medium, powielane jak grafika w ustalonej ilości egzemplarzy. Odbiorcy są uczciwie poinformowani, że marka Absolut zaprosiła do współpracy artystę/projektanta, który wyraził siebie i koncept na opakowaniu jakim jest butelka. Ale całość to wspólny koncept, i biorąc pod uwagę historię firmy nie czułem sztuczności w tym działaniu. Dla mnie osobiście i zawodowo butelka wódki Absolut kojarzy się z od moich wczesnych lat z super kreatywnym podejściem do marki i jej promocji. Dotychczas współpracowali z Absolutem tacy artyści jak Ron English, Spike Lee, Jamie Hewlett i wielu innych którzy mnie ukształtowali swoja pracą na innych polach. Projektując swoją butelkę stanąłem z nimi w jednym rzędzie, i gwarantuję Ci, że nie czuję wstydu. Jednocześnie Polacy powinni się z tego cieszyć, jak najbardziej czując dystans, bo nikt nie twierdzi ze stworzyliśmy dzieło narodowe w stylu "Bitwy pod Grunwaldem" po prostu zrobiliśmy butelkę Absolut Polakom, jak Absolut Brooklyn czy London itd.

- Czy użycie V to był Twój pomysł czy działu marketingu?

SWANSKI:
To mój pomysł, jeden z kilku które przygotowałem. Klasycznie jak przy tego typu projektach, miałem wolna rękę. To zwykle jest podstawa mojej pracy z dużą marką. Nie mogłem obrażać uczuć religijnych itd, a merytorycznie nad konceptem pracowaliśmy wspólnie.

- Czy uważasz, że to jest rzeczywiste uhonorowanie Polaków? - chodzi mi tu o to, czy uważasz, że Absolut jest w ogóle w stanie uhonorować. Wg mnie to jest jakieś nadużycie. My producent wódki - chcemy cię nagrodzić marny człowieczku.

SWANSKI:
Tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. To jest to co zawsze będzie stało na drodze budowania przez nas dojrzałego społeczeństwa. Co trzeba by zrobić żeby to w końcu uhonorować? Postawić pomnik wielkości pałacu kultury? Ale jeśli tak to czyj, bo tu tez byłyby spory. Absolut zrobił to co robi na całym świecie, i to jest w tym projekcie piękne. Nie jesteśmy pierwszymi, przed nami było mnóstwo innych projektów, często trudniejszych może i bardziej kontrowersyjnych. Były Chiny, było San Francisco i sprawy mniejszości lub w przypadku tego miasta większości seksualnych. A Ci którzy w sercu są małymi człowieczkami, zawsze będa tak to odczuwać. Ja jestem zadowolony, zrobiłem wszystko co moglem żeby ten projekt był dobry, nie zrobiłem nic przeciwko sobie, i nigdy nie ukrywałem, że jest to projekt komercyjny. Jednak ma prawo nieść ze sobą przesłanie. W tym przypadku V to nie tylko wolność, zwycięstwo itd. To pokój i zgoda, która ma nam pomoc zbudować dojrzałe społeczeństwo. To jest ogromna odpowiedzialność i trudność, moim zdaniem większa niż walka z komunizmem. Trudniej jest budować niż niszczyć, nawet jeśli wcześniej niszczyło się system w dobrej sprawie. Nasz kraj potrzebuje silnej wspólnoty, a nie zastanawiania się nad tym czy ktoś zbudował nam wystarczająco duży pomnik.

No więc tak to wygląda. Swanski pięknymi zdaniami nam o tym opowiedział. Jednak mimo wszystko forpoczta projektu jakim były naklejki wolność (na których nie było śladu o marce absolut) mogły wprowadzić w błąd a jego efekt koniec końców mógł rozczarować. Wartości warto pielęgnować a nie nagradzać je materialnymi obiektami - czy to będzie pomnik (sic!) czy butelka wódki. Ideę można uhonorować tylko nią samą. Codziennym działaniem i właśnie w ten sposób można zbudować społeczeństwo obywatelskie. Nie potrzebujemy do tego marek i projektów. Nie wydaje nam się aby wódka i butelka z rysunkiem zdolnego artysty miała prawo podpinać się pod idee i ruchy społeczne o zdecydowanie odmiennych celach. Nie uzurpujemy i nie chcemy by ktokolwiek przypisywał sobie prawa do gestów jakimi są V czy inne symbole, ale nie chcemy by pod płaszczykiem wartości i niejako z ukrycia ktoś nam sprzedawał wódę. Jesteśmy dorośli nie damy się nabrać.





wtorek, 4 grudnia 2012

MAKE YOUR MARK IN SOCIETY

Idąc za hasłem wprost z nowojorskiego burmistrzostwa początku lat 80 "make your mark in society, not on society" 19 latek z Gdańska postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Tvn pokazał młodzieńca samotnie walczącego z graffiti. TU LINK.

Jest wiele prób rozwiązań kwestii graffiti i wandalizmu. Zawiązują się grupy sąsiedzkie, koła wspólnot mieszkaniowych które z własnej inicjatywy, często za własne pieniądze usuwają tagi i wrzuty. Są ludzie, którzy maniakalnie zrywają nielegalne plakaty i ulotki, są i tacy, którzy wrzucają niedopałki do śmietnika (są też ci którzy je zbierają). Można wyznaczać nagrody za złapanie grafficiarza, można też karać właścicieli budynków za pomazane elewacje. Są też jednostki policji specjalizujące się w ściganiu graffiti.

Można w końcu próbować ich ścigać i poznawać samemu. The Lonely Avenger. Czy pokazywanie tego człowieka w telewizji (nawet jeżeli ma zakrytą twarz i zmieniony głos) jest dobre dla niego i organów ścigania czy niekoniecznie? Czy taki gość zgadzając się na wywiad jest przekonany o tym jaki jest jego cel (ma 19 lat)? Czy wie, że wyłapywaniem writerów i całej reszty destruktywnych zachowań społecznych nie zmieni miasta? Nie zmieni polityki społecznej, zrozumienia potrzeb pomiędzy bytem a handlem.  Najbardziej pomazane są biedne dzielnice - to wie każde dziecko z mazakiem. Właścicieli nie stać na profesjonalne czyszczenie, a mieszkańcy są zajęci codziennością. Tak? Brzydkie meble wenge, w brzydkich mieszkaniach, brzydka okolica z ziemiotrawnikiem. Dzięki temu wartość nieruchomości spada, rentowność działki spada. Pojęcia "własność" i "rynek nieruchomości" zastąpiły potrzeby bytowe. Więc właściciele podnoszą czynsze i usuwają powoli mieszkańców. I to jest ta sama gentryfikacyjna piosenka o sprowadzaniu artystów itd. Mazanie w dzielnicach bogatszych jest trudniejsze ale często wcale nie jest wyzwaniem. Writerzy nie są tym specjalnie zainteresowani - to nie jest film "Edukatorzy". Są też i takie miejsca gdzie mieszkańcy sami mażą po ścianach, czy wystawiają śmietniki na zewnątrz. Po to właśnie żeby nieruchomość nie była atrakcyjna. Często właściciele sami nic nie robią, żeby okolica podupadła, żeby łatwiej było ją przebudować i sprzedać - z ludźmi czy bez. I tak dalej.

Podsumowując. Graffiti to jest gra. Walka z nim też.


PS. Dziękujemy wiernym czytelnikom za nadesłanie informacji.



środa, 21 listopada 2012

NIE-ZŁO-MNA

Spokoju nam nie dawało przeświadczenie, że notka o Mocaku jest niepełna. Storytelling dwóch tytanów jest niczym przy triangulo, co sygnalizują nam starsi koledzy. Udaliśmy się na poszukiwanie autorki, której kamera nie sięga. Było wiele domysłów. Mieliśmy pewne sygnały stagnacji, poplątania włóczki. Kija w szprychach. Albo osobistego spełnienia po produkcji z Finerem. A to bzdura. Ona żyje i ma się dobrze.
Bo kiedy Mrrrrr pokazuje .ppt z P.S.A., ona produkuje treść do kolejnej ich księgi. Normalnie jest tak, że kobieta gotuje, facet melanżuje. Ten team działa inaczej: nespunowa tworzy, nespunowy opisuje, Zdrojewski dotuje. 

Pewnie ponownie wyznaczą nowy trend w imię najszczerszej miłości do sztritartu (na który moda mija więc zmieniamy branżę, co nie). Ciekawe co teraz? Z odpowiedzą przychodzi nowy blogspot. NespoonKolekszyn. Są rzeczy nowe, są koprodukcje, są serie limitowane. Ni to handmejd, ni to manufaktura. Raczej coś pomiędzy galerią a anarchicznością, coś między córą street artu a ojcem clubbingu. Takie combo dla prawdziwych graczy, tyle że z klasą. Z gustem. 

Na plan pierwszy wysuwa się postęp i ewolucja stylu rzeczonej artystki. Koronki są bielsze, supełki nieco trwalsze. Oczka już nie puszczają. Na drugim planie widzimy nowe nośniki: obrusy, kalosze, swetry. Choć to, co najciekawsze i najbardziej subtelne pojawia się w realizacjach komercyjnych: serii bilbordów czy koprodukcji spożywczej z Wedlem. Brak tu streetu, bo już jest passe. Ale jak to mówił Sławek Cz.: „artysta uliczny warty jest tyle ile ...”

Z resztą, oceńcie sami: http://nespooncollection.blogspot.com/




poniedziałek, 19 listopada 2012

MOCARZE W MOCAKU

Ego niektórych osób jest tak wielkie, że sięga jak z Warszawy do Krakowa. A czasami w jednym miejscu spotykają się dwie osoby, które mają tak wielkie mniemanie o sobie. I co wówczas się dzieje- dostajemy ponad godzinną rozmowę pomiędzy MR, a Pawikiem. Serio ponad godzina! Rozumiemy, że Frank Ocean kręci przydługie teledyski, ale u niego są przynajmniej laski w skąpej bieliźnie, motocykle i jakieś fajne obrazki jak z nocnego życia w Katowicach. A tu na youtube ponad godzina z dwoma panami w średnim wieku i z długimi włosami! Czy myślicie, że to oglądaliśmy? Nie - zleciliśmy to naszym stażystkom.

I tak, nie polecamy wam tego do oglądania. Wszystko co ciekawe powiedzieli- my napisaliśmy wcześniej: murale, festiwale itd, wiecie to i czytaliście o tym. Tak samo wiecie jaka jest konstrukcja albumu PSA2 i że żadna z wystaw poruszających się w okolicach street artu nie pokazała nic ciekawego i odkrywczego. Z nieciekawych rzeczy: cytat z Pawika: Jak dla mnie nie przynoszą żadnych treści (55:03) - o kim to? O pracach M-City. I dobrze. Ktoś w końcu powiedział prawdę o tym celebrycie pławiącym się w blasku fleszy. Słyszysz M-City - treści za grosz tam nie masz! Wabik tak powiedział, a on ma galerię krakowską!
 
Mamy również kilka smaczków rozweselających, ale jak wiadomo wywiad rzeka rządzi się swoimi prawami. I tak w padają takie wersy: Darek Paczkowski walczy z żywnością. (21:02). Jest definicja stylu: Styl to jest legalna duża forma literowa. A może jednak styl to jest styl? Rozpoznawalny jako styl regionalny czy indywidualny writera. To jest coś po czym poznajesz kto jest autorem bez wczytywania się w litery. Ale to chyba jednak pojęcie wewnątrzśrodowiskowe. Przerzucanie pojęciami to ostanie hobby MR. Jest ich sporo i widać, że rozmówcy sami czasem się w tym gubią. 

Dalej mamy follow-up do Eldoki (Leszek, jesteś na fali): gdzie poprostu do grafficiarzy się strzela z ostrej amunicji (36:39). Padają też trafione słowa: bardzo uliczny etos sztuki ulicznej. (1:02:12). I to jest coś pod czym podpisujemy się obiema rękami. Sztywniutko jest.

MR publicznie powtarza swoje fantazje, w tym słynne już "kłamstwo gbrskie"  (1:00:10) i wydarzenie, w którym nie brał udziału. I tak w końcu zostaje również wymienione Universal Hating (1:00:27). Przepraszamy za to. Nie jesteśmy z tego dumni! I nie! To, że o kimś napisaliśmy nie znaczy, że jest się w czołówce czegokolwiek. Pawik - najlepszy dowód, że piszemy tutaj o was. Jest też o powstającym w pocie czoła i wśród płaczu noworodków albumie GGE (Graffiti Goes East) i tak jak cieszy nas wszystkich, że będzie, tak cieszy również MR i AW, ale drogi Marcinie to ma być właśnie książka o GRAFFITI i bynajmniej nie jest to "w zasadzie skompletowanie dokumentacji na temat tego co się dzieje w przestrzeni publicznej" (1:05:38) - bo to próbujesz zrobić Ty swoimi książkami, które wrzucają wszystko do jednego worka i udają, że nic nie wartościują.

Bardzo dobrze też, że w końcu padło tu oficjalnie, że nie będzie czwartej ani piątej części trylogii PSA. Mamy nadzieję, że nie będzie też prequeli. (1:06:10). I dziękujemy za podwójne zaproszenie do niszczenia galerii FortyForty (1:07:40 i 1:07:54). Drogi MR - jak coś jest otwarte to nie znaczy, że ktoś na pewno będzie chciał to zniszczyć. Sam przyznałeś wcześniej, że właśnie nielegalność niszczenia jest w wielu kręgach ciekawsza, dlatego tym bardziej możesz spać spokojnie - aqualoopy nikt nie ruszy.

ps. w spotkaniu brała udział również niespun, ale jak widać nie widać jej w kadrze. Bo robi na nielegalu i się ukrywa.


piątek, 16 listopada 2012

ARTUR WABIK MA SWOJĄ GALERIĘ

Są tacy bohaterowie, którzy niczym komety przemykają przez nasze życie, ale ślad po nich zostaje w naszej pamięci. Ale są i tacy, którzy są jak księżyc regularnie się wynurzają i trwają na widnokręgu by można ich podziwiać. Ostatni coraz częściej patrzymy na Krk, który dotychczas kojarzył się nam głównie z miejscem, w którym stają szkolne wycieczki na siku w drodze do Wieliczki, ale ostatnio zaczyna nam się kojarzyć ze stritartem. Może nawet wybierzemy się tam w najbliższym czasie i to nie po to żeby kupić watę cukrową pod wawelem, albo zapiekanki na Kazimierzu. Otóż Artur Wabik jeden z przedstawicieli krakowskiego street artu ma swoją własną galerię. I to nie byle jaką - bo ma Galerię Krakowską- czyli ma najważniejszą galerię w Krakowie, bo sukiennice się nie liczą od kiedy jest tam żabka czy inny market. No i Wabik będzie miał za zadanie stworzenie muralu promującego miasto. To znaczy nie stworzenie osobiście- tylko wybrać, bo on jest dyrektorem artystycznym czyli Dyrartem. Jest to oczywiste bo wszystkie murale , które ostatnio powstają promują miasta- inaczej nie byłoby sensu ich robić. Obyło się nawet już spotkanie, które zajęło się powyższym tematem. I teraz przyznajemy się do słabości, chcieliśmy to wykpić, wydrwić i opluć żółcią, ale nie byliśmy w stanie te zdania są bardziej absurdalne, niż to co mogliśmy sami wymyślić:

„W trakcie debaty przedstawiono istniejące murale na świecie, których kunszt miałby niejako inspirować przyszłego twórcę wspomnianego wcześniej projektu. Pokazano również te dzieła, które na co dzień spotykamy przechadzając się ulicami Krakowa, m.in. na bocznej ścianie Domu Józefa Mehoffera (ul. Krupnicza 26), literacki mural w Podgórzu, "Ding dong dum" autorstwa BLU (ul. Józefińska 3) czy też mural Mikołaja Rejsa na Zabłociu. Temat i konwencja muralu, który będzie zdobił Galerię Krakowską (jej elewację od strony Dworca), nadal pozostają pod znakiem zapytania. Z założenia pomysłodawców stworzenie muralu na elewacji centrum handlowego ma na celu swoistą promocję Krakowa oraz pozytywny wydźwięk w stronę mieszkańców oraz odwiedzających nasze miasto. Pusta przestrzeń na tyłach Galerii aż prosi się, aby coś artystycznego i nietuzinkowego na niej powstało.” 

A więc nie tylko zadano temat do zrealizowania, ale przedstawiono też prace, które mają inspirować- czytaj te murale nam się podobają, zróbcie coś w tym stylu! A jak ktoś zrobi dostanie 20 tysięcy złotych! My też się zgłosimy!


czwartek, 15 listopada 2012

RAK NAS ZABIJE

Błądząc jak dzieci Men in Blacka we mgle trafiliśmy na bloga Pani Artystki Natalii Rak. Przypomnieliśmy sobie jednocześnie, że Pani Artystka wystawiała swoje prace na Aukcji Pierwszej (i Drugiej chyba też) Polskiego Street Artu w Rempexie. (Przepraszam za te wielkie litery wszędzie, ale dozgonny szacunek i oddanie zjawisku nie pozwala mi pisać tych wielkich słów małymi literami.)

Więc trafiliśmy na tego bloga i widzimy, że Pani Artystka Natalia Rak postanowiła wziąć na warsztat słynny i szałowy Szał Uniesień Podkowińskiego. Nono, jak się nie ma co się umi, to się też nie umi - jak mówi porzekadło. Szał Pani Artystka Rak przekłada na język street art. Nadaje mu niebywałą kolorystykę i dynamikę rodem z murali miast i wsi. Ponadto, w celu ustreetartowienia, na jednym ze zdjęć prezentujących pracę znajduje się logo znanej firmy odzieżowej szanowanej w kręgach graffiti. Miss Natalia Rak - aby nadać dziełu odpowiednią rangę i zainteresować nim potencjalnego odbiorcę na światowym poziomie - nazwała obraz po angielsku - Wildness. Jest to zabieg o tyle uzasadniony, że opis pracy jest również dostępny w wersji EN. Pani Rak poszukuje, ale idzie jej raczej nie tak, a nawet wspak. Natalia próbuje podrabiać stylówę Etam - karykatura z zaciekami itd. Nie kupujemy tego. Nawet nie chcielibyśmy tego sprzedawać. Uważam również, że żeby zabierać się za follow-upy czy covery tak znanych dzieł trzeba mieć duuużo więcej doświadczenia, pokory, szacunku, warsztatu, techniki, flow i paru innych umiejętności.

Przytaczam własnoręczny artystki Rak opis pracy Szał i wpadam w szał. 

"Parę dobrych lat temu zainteresował mnie obraz Władysława Podkowińskiego "Szał uniesień" z 1894 roku. Dopiero teraz jednak zmierzyłam się z takim tematem. "Szał" w mojej wersji jest kontrastowy do wspomnianego powyżej dzieła, zatem: świetlisty, fluorescencyjny, ale dalej mam nadzieję temperamentny i gwałtowny. 130x100 cm, akryl, olej" - co za składnia i sformułowania. Szałowe! - zmierzyłam się z takim tematem albo zainteresował mnie obraz albo jest kontrastowy do (...) dzieła. Profesor Miodek załamuje ręce!

Więc zgodnie z sugestią na końcu opisu z bloga - olewam. I mam nadzieję, że ten Rak nie będzie miał przerzutów.


wtorek, 13 listopada 2012

JAK FOKUS Z DODĄ...

... tak polski BANKSY sprzymierzył się z polską Madonną. I zrobił dla niej okładkę. Taką kolorową i fikuśną. Kora jak żywa, bez zmarszczek w ogóle- miód, cud , malina. Do zleceń się z reguły nie przyczepiamy (chyba , że są naj), więc to nie jest post krytyczny. Po prostu odnotowujemy kolejny sukces polskiego street artu- wszedł do polskiego szołbizu!!
 
btw. przytaczam komentarz z profilu Darka Paczkowskiego.
  "Bardzo mi się podoba! Kiedy zrobisz coś we Włocławku?"


niedziela, 11 listopada 2012

FORUMLARZ_GRAFFITI.DOC

Kraków znów przed szeregiem za to ze sztandarem anti-graffa. Nazwa chwytliwa: „Stop Graffiti. Czysty Kraków”, podobnie jak odpalony mail: graffiti@strazmiejska.krakow.pl. Załączniki, poradniki, instrukcje. Lektury ciekawe, trochę o grafficiarzach (bo przecież nie o graficiarach), troszkę o buff ekipie więźniów (tak się to robi... CleanCity!) Brakuje jeszcze warsztatów z murali, ale na bank nadrobią.

Bój się świecie - era 2.0 nagonki nadchodzi, szkoda że argumentacja to bryk z „Broken Window”. Macie próbkę: „Pojawianie się graffiti prowadzić może do eskalacji czynów niezgodnych z prawem na zniszczonym obszarze, obniżenia poczucia bezpieczeństwa mieszkańców, a w konsekwencji do spadku wartości nieruchomości na danym terenie lub nawet spadku atrakcyjności turystycznej miasta”.

Już się domyślacie o co chodzi. Angole nie przyjadą, lodów nie ukręci nikt poza lokalnym watażką od aerozoli. A Krakusy srać będą na sam dźwięk kulki w sprayu. Ale jest dla nas ratunek - formularz graffiti. Wypełnij, wyślij. Możesz (z prezydenckim „Zespołem Zadaniowym ds. walki z nielegalnym graffiti”) stworzyć alternatywę dla krk.lokatora i innych udanych innowacji. Sami sprawdźcie o tu: http://batchgeo.com/map/93a76c7fdd8e57699ea2ccd52f2df417. Zapowiada się sensownie. Sam hardcore, więc rekomendujemy zamiast przewodnika.

Dla nas bomba.


środa, 7 listopada 2012

NIKT GO NIGDY NIE WIDZIAŁ - SUPLEMENT z ostatniej chwili


NIKT GO NIGDY NIE WIDZIAŁ

Ciekawe czy zgadniecie kogo nikt nigdy nie widział?
Ciekawe czy zgadniecie kto zadaje to pytanie i inne?

Postaramy się na kilka z nich odpowiedzieć tu ale potem obejrzyjcie koniecznie to:

DZIEŃ DOBRY TVN

- czy w Polsce mamy kogoś na kształt Benksyego?
Nie wiadomo, bo skoro nikt Benksyego nie widział to nie wiadomo jaki ma kształt.
- czy Benksy był w Polsce?
Tego nie wie nikt. Nikt nigdy nie widział Benksyego.
- czy Benksy biegał i wspinał się po pociągach?
Podobno tak.
- czy grafficiarze działają na granicy prawa?
Nie. Działają poza prawem. 
- kto jest najgrubszy w studio?
Benksy.
- kogo ośmiesza Banksy?
Dejmien Herst, Benksy
- czy sztuka graficiarska niesie przesłanie?
Benksy.

Dziś bez komentarza bo raczej nie jest konieczny. Miłego oglądania. 
I szkoda, że nie widziałem kontynuacji, którą zapowiada na koniec ta grubsza pani koło Prokopa...

ps. Praca w Gdańsku o której mówią w studio od dawna łączona jest z nazwiskiem Piotr Szwabe.

wtorek, 6 listopada 2012

POCZET KRÓLÓW I KSIĄŻĄT POLSKICH

Blog blogiem, hating hatingem, a żyć za coś trzeba. Zanim obłowiliśmy się z wierszówek, szukaliśmy swojej szansy jak inni absolwenci zarządzania. Był rok 2010. 

W Polsce toczyła się właśnie kampania o pewien vacat na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Zapewne nie każdy z Was, kochani czytelnicy, zna prawdziwe kulisy tej rozgrywki. Rozgrywki na wskroś ulicznej. 

„Bronisław Komorowski starał się udowodnić, że kultura młodzieżowa nie jest mu obca. (...) odwiedził Łódź, gdzie spotkał się z miłośnikami deskorolki, bmx-ów i graffiti”. Swoją drogą, kiego grzyba grafy zawsze muszą iść w trójcy? Jak nie z break dancem i rapem to z deską czy innymi rolkami. Jeszcze kaptur, daszek na bok i kręcimy reklamę czipsów... Ale tu nie o tym. Jesteśmy poważni, niczym ton elekta: „Kultura alternatywna, czyli kultura niepokorna, odchodząca od pewnej sztampy i jak rozumiem murale, gdzieś tam nawiązują do rewolucyjnych zapędów w sztuce i polityce z czasów meksykańskiej rewolucji. Gdzieś tradycją sięgają do Majów a z drugiej strony do Leonarda da Vinci. Więc alternatywność wygląda bardzo interesująco i jest warunkiem rozwoju sztuki w ogóle.” Niepokorne-pogłaskane? Brawo. Tym zdaniem, brahu, kupiłeś mój głos. Przynajmniej nie wspomniałeś o graffiti w jaskiniach. Ufff... Ba, nawet walczyłeś o bunt, rewolucję. Może to ciebie powinni tam mianować kuratorem? Tym bardziej, że temat drążyłeś: „czy istnieje moda na kierunki przekazywania "jakichś idei w tych muralach" i czy są jakieś nurty w ich malowaniu. - To jest tak naprawdę sztuka. Chcemy pokazać kreatywność i potencjał tych młodych ludzi - podkreślali jego rozmówcy.” Zaiste, pięknie podkreślali. Do dziś podkreślają. W końcu Łódź kreuje i za hajs matki błaga - Uwierzcie! Uwierzcie! To naprawdę sztuka! Nie wiem jak wy, my im wierzymy. Na słowo. 

O ile Bronisław Oner strawiał na murale, w peletonie był ktoś, kto poszedł krok dalej. „Razem zmienimy Polskę” powiedział napisał. „Jego hasło miało formę graffiti: czerwonego napisu na białym tle. Napieralski w ten sposób pokazuje, że "można inaczej". - Kiedy myślałem jak pokazać to hasło, zaproponowałem takie właśnie rozwiązanie, aby je narysować, tak jak to robią młodzi ludzie, ale ci pozytywni, w taki bardzo pozytywny sposób wyrażają swoje emocje, ale też są znakomitymi twórcami, potrafią sztuką przekazać swoje emocje”. Już widzicie? Można inaczej? Można! Dla elity murale są buntownicze, a grafy to sztuka ludzi pozytywnie zakręconych. Kto nie sprayjuje, ma wyzute z emocji, ubogie życie wewnętrzne. Kropka. 

I tak oto sztywniutka, prawdziwa ulica na dobre zaczęła służbę w szeregach władzy. Na jej najróżniejszych poziomach. Z resztą od roboty nikt się nie migał: „Napieralski, gdy odsłaniał hasło wyborcze, narysował pod nim czerwonym sprayem serce. - To moje serce dla wyborców. Chcę pokazać, że wkładam w tę pracę dużo serca, bo bardzo mi zależy.” Wy się śmiejcie, ale wysiłek włożony w to dzieło, przebija niejednego blockbustera. Zaś na aukcji, takie płótno pobije czołówkę polskiej szkoły street artu. Zakład? 

W Lublinie: To moje pierwsze doświadczenie ze sprayem, wcześniej malowałem tylko farbami - powiedział prezydent Adam Wasilewski, po czym przywdział gumowe rękawiczki i przystąpił do malowania graffiti na placu Litewskim. Co namalował? - Tylko kilka kresek, całej aranżacji nie dam rady - dodał z uśmiechem. Uśmiech, można powiedzieć, jest oznaką emocji. Władza jest więc pozytywnie zakręcona. Jak to na wschodzie, gdzie spray nie jest już farbą. Aha - nie zapomnijmy dodać logotypów. 

Tylko Wrocław nam się obija i do roboty szuka murzyna (http://universalhating.blogspot.com/2012/10/wrocaw-stolica.html). Na szczęście w stolicy ponad normę działa Hanna. Kadencję rozpoczęła od zaprojektowania logotypu Hemp Gru... 


sobota, 27 października 2012

CROPP, KROP, CRAP

Jak czytacie te słowa to wiedzcie, że jest już za późno. Ten pociąg już odjechał. Szansa na karierę drugiego Aqualupy przepadła. Nie będzie was na żadnych festiwalach, żaden samorząd nie zapłaci za Wasze farby. Zaspaliście. "Frugo X Cropp Graffiti Zone" dobiegło końca. A Wy zostaliście ze swoimi marnymi skillsami. Wiemy co mówimy, uczestniczyliśmy w każdym warsztacie. Dziś pora na kilka słów podsumowania.  

Sprawdźmy najpierw - po co? 

„Frugo to prawdziwie miejski styl nieznający kompromisów. To także nieskrępowana energia i wolny umysł. Dlatego zdecydowaliśmy się połączyć klimat FRUGO z równie mocnym i ponadczasowym charakterem graffiti, tworząc wyjątkową akcję promocyjną" - powiedziała Paulina Włodarska, Dyrektor Marketingu firmy FoodCare, właściciela marki FRUGO. Pani Paulina - prywatnie king sceny białostockiej - wie, że prawda nas wyzwoli. Jest szczera, ulice zna jak własną kiermanę i tę wiedzę wciska gimbusom. Dlatego mocny charakter graffiti to dziś język, jakim komunikuje się ze swoim konsumentem. Choć prościej byłoby zobaczyć tę bezkompromisowość w rozbijaniu butelek po każdym, wypitym na akcji, napoju. Ale nie, lepsza będzie wspólna fotka - „każdy uczestnik wspólnego malowania będzie miał możliwość sfotografowania się na tle powstającej grafiki, a jego zdjęcie zostanie umieszczone na fanpage'ach obu marek." Obu, nie jednej. OBU! To tak jakbyś jednej nocy zrobił dwa whole cary. Nie jeden. Dwa! 

Jednego nie rozkminiamy. W samej nazwie akcji "Frugo X Cropp Graffiti Zone" intryguje nas najbardziej tajemnicze „x”. Może to znak, że frugo z crapem się mnożą, ale najprędzej chodzi o hardkor. Kumacie, taki jak na ostrym porno. A ostre porno potrzebuje rekwizytów. Oto i one: „Do dyspozycji fanów sztuki ulicznej oddane zostaną mazaki, szablony oraz unikatowe FRUGO farby w kolorach FRUGO - żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym, zielonym, białym i czarnym. Bazą wyjściową do opracowania unikatowych graffiti będą specjalnie przygotowane białe płótna z naniesionymi pierwszymi szablonami w postaci logotypów FRUGO i Cropp. Wszyscy uczestnicy zabawy otrzymają także płótna w formacie A4, na których będą mogli jeszcze raz stworzyć własną, unikalną grafikę.” 

Halo halo. To hardkor, czy zabawa? Z resztą, co nas to obchodzi. My swoje płótna A4 sprzedamy w desie. 

Update. 
28 października finał akcji w Łodzi. Urban Forms już uruchamia całodobową infolinię i podstawia dwa autokary. Uwaga: ilość miejsc ograniczona. 

Update 2. 
Odwiedzający sklepy Cropp będą mogli zagrać we FRUGO-warcaby, FRUGO-kapsle oraz FRUGO-butelkę. Kurcze, frugo butelka. Ciekawe z kim całować będzie się kurator, z kim tajemniczy prowadzący graffiti zone, a z kim redakcja UH. W oparach krylonów, montan i absurdu wszystko jest możliwe.


piątek, 26 października 2012

WROCŁAW STOLICĄ

Jak wiemy od dawna Wrocław nie tylko będzie stolicą kultury europejskiej w roku 2016 ale już od dawna jest stolicą Dolnego Śląska i Murali. Murali specjalnie piszę z dużej litery, bo to poważna sprawa.

Jak dowiadujemy się ze strony równie poważnej WROCŁAW PE EL urząd miasta stołecznego Wrocławia ogłosił konkurs. I to konkurs nie byle jaki tylko (z dużych liter) Międzynarodowy Konkurs na Mural Artystyczny. Jak czytamy w tytule i w tekście - ma być to mural artystyczny. Uff, coś przynajmniej wiemy. Ale zaraz po tytule rozwiewają się kolejne wątpliwości. Otóż "zadaniem uczestników będzie ozdobienie ściany budynku przy ulicy Łokietka 3.". Więc mamy kolejny pewnik - znamy funkcję muralu - będzie dekoracyjny. Mamy też temat - BRAMA DO NADODRZA. Więc ma to być mural ozdobny, witający przyjezdnych i Nadodrzan.

Historia murali we Wrocławiu to całe 6 lat. Jak wiadomo od prezydenta miasta pierwszy z nich powstał w 2006 roku. I potem jeszcze kilka. Ale zdaje się, że dopiero teraz miasto zrozumiało moc sztuki malarstwa wielkoformatowego w przestrzeni publicznej. Dopiero teraz powstanie ten i właściwy. Zactujmy jeszcze wiceprezydenta Grehla: Pomysł podchwyciły inne miasta. To nam jednak w niczym nie przeszkadza. Wspaniale, dzięki! Murale wzbogacają przestrzeń miejską, a wybór miejsca na nową pracę-ściana budynku przy ulicy Łokietka 3 - nie jest przypadkowy. Wybór miejsca na mural nie jest nigdy przypadkowy. Zawsze jest przez kogoś wskazany lub upatrzony. Jest kilka metod produkcji muralu - jedną z nich jest pomoc miasta/urzędu w znalezieniu i legalizacji miejsca tzn. urząd udostępnia którąś ze ścian budynków, które ma w swoich zasobach lub ogłasza konkurs właśnie. Drugą metodą jest tzw. "wychodzenie sobie" pozwolenia tzn. organizator muralu (przeważnie ngo'sy i firmy prywatne) upatruje sobie miejsce i sam szuka właściciela i załatwia pozostałe dokumenty. W zależności od miasta jest ich kilka, od kilku instytucji "zarządzających" obiektem (właściciel, administrator, architekt vel plastyk miejski, konserwator zabytków). I jest metoda trzecia - nielegal, rzadka a wdzięczna. 
Ale wróćmy do mr.Grehla: Prowadzimy szereg działań związanych z rewitalizacją Nadodrza. Zależy nam przede wszystkim na tym, aby artyści w otwartym konkursie mogli wyrazić swoją wizję i wzmocnić przekaz, że w tym miejscu, oprócz twardych efektów rewitalizacji powstają także miejsca pracy artystów. I wszystko jasne. Pełnoprawna gentryfikacja bez ściemy. Ciekawe swoją drogą co kryje się za hasłem "twarde efekty rewitalizacji". Podejrzewam, że chodzi o wymianę nawierzchni na kostkę bauma na miarę 2016 roku. A miejsca pracy artystów, w tym mural bramy nadodrzańskiej, przyciągną kapitał, knajpy, inwestorów, podwyżki czynszów itd. Ale żeby dostroić, do obowiązującej nuty sytuację społeczną Nadodrza, to zgodnie z przemijającą modą na partycypację mural wybiorą mieszkańcy. Super, czyli jednak możemy się spodziewać właśnie tego czego możemy się spodziewać. Będzie lekko, o niczym (znaczy o bramie będzie), dosyć kolorowo, umiarkowanie, organicznie i na pewno nie będzie czaszek (sic!). 

Miasto jak podkreśla tamtejszy wydział kultury "nie narzuca żadnego kierunku" pod warunkiem, że temat to wspomniana BRAMA DO NADODRZA i istotnym jest aby artysta nadmienił, że Wrocek to Europejska Stolica Kultury 2150. Czyli jednak niektóre kierunki odpadają...hmmm. Szkoda, chociaż można powalczyć. Czas jest do końca grudnia prawie (28.12). Tak czy inaczej my swój projekt wysyłamy już niedługo. Głosować będzie można na stronie "Kreatywny Wrocław" - wow, ale zaskakująca nazwa! Po Łodzi która, kreuje, chociaż kiedyś kroiła tekstylia a potem kroiła airmaxy na Bałutach, przez Katowice miasto kreatywne Unesco aż po "kreatywny żoliborz" (nie mam pojęcia gdzie to jest...).

Zależy nam na tym, by ten projekt był rzeczą współtworzoną przez społeczność Wrocławia, a nie jedynie pomysłem, który został zainicjowany w Urzędzie Miejskim-zapewnia Jarosław Broda. 

Nie rozumiem, jak inicjatywa Urzędu związana z planami rewitalizacji i ESK 2900 ma być działaniem społeczności wrocławskiej. Nie rozumiem jak można tak bezczelnie udawać, że to projekt społeczny, oderwany od instytucji samorządowej i niepolityczny oczywiście. Nie rozumiem jak miasto Wrocław z najlepszą w Polsce imprezą w duchu urban artu - Out of sth może tak nie uczyć się o co w mieście chodzi. Lepiej dać ścianę komuś, który poprostu spodoba się gawiedzi....

Jak kultura tzw street artu, którą budowało kilkanaście osób w całej Polsce przez ostatnich 10 lat wpłynęła na naszą przestrzeń? Nijak albo nie tak jak chcieliśmy. Praca tej garstki poszła na marne. Pozostała pstrokacizna reklam a pomiędzy nie powciskały się kolorowe wielkoformatowe obrazy. Zbyt mało edukacji a za dużo lansu, street art sie zdewaluował. A system wykorzystał narzędzie, zjadł.



czwartek, 25 października 2012

VANDAL SQUAD

Trójmiasto postanowiło powalczyć z graffiti. Genialnym pomysłem okazało się to co robią w Gdyni!!!! UWAGA - robią zdjęcia wrzutów! Normalnie odkrycie na miarę podwójnego muru z zasiekami na yardzie w NYC. I to jest jeden ze sposobów na nielegalne graffiti (a czy graffiti legalne to nadal graffiti?). Te i inne metody opisuje trójmiejsa gazeta w wersji techno-elektro. Artykuł do przeczytania tu omawia kilka metod. 

Nas zainteresowała oczywiście ta pierwsza - kronikarska żmudna robota, rozkminki czyje to imiona, kto jest w jakiej grupie i w ogóle cała ta jazda, którą każdy writer zna ze swoich pierwszych lat działania. 

Poza tym zwracają uwagę punkty 4 i 5, które pozwalamy sobie przytoczyć:

4. Edukacja
W szkołach powinno się uczyć o skutkach i kosztach graffiti.
5. Propagowanie legalnego graffiti
Samorządy powinny organizować festiwale, na których młodzi ludzie mogliby malować legalnie. Takich imprez jest coraz więcej, ale ciągle za mało.
 
cHwała Wam Dzielni Policjanci. I chwała naszym wspaniałym władzom. Niedługo zostanie przyjęta ustawa o obowiązku malowania murali i organizowania corocznych festiwali w każdej miejscowości powyżej 1200 mieszkańców. 

Dokładamy naszą osobistą odezwę do niedoszłych writerów.

Zamień nogi z waty na watę cukrową!



środa, 24 października 2012

MIŚ W BYDZI

Super, kolejny mural. Zaawansowana technika, przekaz, mądrość ulicy i piękno formy. Infantylizacja, kicz, komera, mdłości, marność, słabizna. Mural w Bydgoszczy chcieliśmy wyróżnić, za jeden komentarz na forum lokalnego Onetu.

~mieszkanka b: kicz, żenada
 
Pozostałe komentarze, to powielane schematy i zestawy przewidywalnych słów: fajnie, kolorowo, nabieramy charakteru.

Obawiam się, że po okresie surowej estetyki rodem z meblościanek z Wyszkowa, po pstrokaciźnie lat 90 i zaśmieconej przestrzeni publicznej początków XXI wieku, już nigdy nie nauczymy się estetyki na poziomie. Estetyki, która nie tylko zdobi, ale też uczy i mówi o czymś. 

A miś z gazetą niech idzie czytać Misia.


GRAFF IDOL

Słuchajcie jeżeli pisaliśmy o was więcej niż dwa razy to bądźmy szczerzy - powinniście się poddać , skasować konta na fejsbuniu, twitterze i takich tam. Przestańcie malować, oglądać strony ze strit artem i takie tam, nie marzcie też, że załapiecie się do PS3. TO NAPISALIBYŚMY WCZORAJ!

Ale dzisiaj jest dzisiaj. I odkryliśmy TO!!! Tak kochani coś dla was. Idol dla „artystów”. Możecie zgłosić się tam i utrzeć nam nosa, pokazać, że macie talent i wymiatacie. My nie mogliśmy uwierzyć, że coś takiego istnieje. Ale ostrzegamy, jeżeli show ruszy w Polsce - zasiądziemy w żyri.

Work of Art - Season 2 - Bravo TV Official Site




niedziela, 21 października 2012

DZIECI PSA

Redakcja UH się powiększa i obok "marnego dziennikarzyny" i "niespełnionego streetartowca" pojawia się we własnej osobie "pseudouliczny socjolog z Polski B". Witamy na pokładzie! 



Kończy się przełomowy tydzień w polskim street arcie. Każdy, kto w chwale zakończył okres letnich festynów, przerzucił się na papier lub facebunia, ew. na kolejny blogspot z dwójką w nazwie. O oświadczeniach już pisaliśmy, o książkach płonących (ze wstydu) też. Chociaż chyba nie o wszystkich albo nie wszystko.... 

Bo jak zaglądamy do tej hitowej epopei, której nazwy nie pamiętamy, widzimy powtórkę z rozrywki. 99% fot znanych z internetu i promowanie gwiazd ery post-nespunowskiej. Ale o tym potem. 


Jak wiecie - lubimy czytać. Sami siebie najbardziej, ale dobrym tekstem kuratorskim nigdy nie pogardzimy. Skoro zdjęcia w albumie znaliśmy wcześniej, uwaga ląduje na profilach reprezentantów polskiej szkoły street artu. Opowieść rozpoczyna king galerii z Galerii Koloru. Prawdziwek BOB rzecze o początkach swej drogi: 

„W Bydgoszczy działa stowarzyszenie Stumilowy Las i jego szef Marcin Płocharczyk opiekował się trochę młodymi chłopakami (sic! - UH), którzy chcieli malować. Dał nam ścianę w MDK, więc mieliśmy gdzie ćwiczyć, ale w zamian wymagał. Chciał, żebyśmy mieli projekty tego, co chcemy namalować (...) żeby to po prostu nie były takie toyowskie bomby, tyle że legalne.”

Z resztą „w Bydgoszczy jak nie bombisz, tylko kombinujesz, to jesteś cieniasem, a nie writerem”. Dlatego postulujemy, by w reedycji naszej nowej Biblii, obok pięknych, rozbudowanych charakterystyk Styla, GBRów, Street Logo by Marcin Rutkiewicz (i tajemniczy, pojawiający się pod hasłem „(MR)”) dołączyć hasło „writer kombinator”. Petycja w tej sprawy zostanie wysłana do sponsora książki - MKiDN.

„Od momentu, kiedy wyszedł Polski Street Art zacząłem wrzucać swoje prace do internetu - Facebook, blogspot, te rzeczy. Kumple mówili, że to lanserskie, ale ja odpowiadałem” Poczekajcie, to coś da, coś z tego będzie, coś w końcu wypali”. Jak widzicie prawdziwek BOB daje nam wgląd w marzenia kolejnego pokolenia polskiego sztrit artu. Kariera dziś wygląda tak: Miejski Dom Kultury - Internet - Polski Street Art. Marzenia nowego pokolenia? Bardzo proszę: „Póki co chcę malować murale. To moje marzenie, mój cel”. A na koniec: ”nie uważam się ani za graficiarza, ani street artowca, ani malarza. Jestem twórcą”. Szkoda, że nie jesteś bogiem, chłystku. Won do lasu!


Stał się cud - Polski Street Art wydał swój owoc. „Dzieci PSA” niczym kiedyś „Dzieci Men in Blacka”. Różnica jest taka, że o tych pierwszych pisze np. pani Ela Sala z MOCAKu, o drugich oficer dyżurny KRP. Sami zobaczcie ile bełkotu można wyprowadzić o takich gwiazdach sztuki ulicznej, jak Mikołaj Rejs aka Wers. Mikołaj Rejs aka Wers nie ma absolutnie żadnych skillsów, ale Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie idzie z duchem ulicznego klimatu. Ich zdaniem Mikołaj Rejs aka Wers: „koncentruje uwagę odbiorcy na rzeczywistości wewnętrznej. Postacie, które przedstawia są skupione na sobie i swoich przeżyciach, wiodą życie poza czasem historycznym (...) Twórczość Rejsa przedstawia się jako proces psychicznej, symbolicznej reparacji: naprawy tego co uszkodzone i martwe (...) W warstwie formalnej (jego prace - UH) są subtelne i nieinwazyjne...” Bla, bla, bla. Ble. Dość. Won do piekła.


Tak to wygląda. A to dopiero początek lektury. Lepszej od poprzedniczki, ale wciąż dalekiej od akceptowalnego poziomu. A na koniec to, co w street arcie najlepsze. Opowieści z akcji. W tym odcinku Rafał Roskowiński: „(...) jak malowałem ten mural to strasznie lało, takie niemal monsunowe lato. A ja lubię malować w słońcu. I tak się pomodliłem do Pana Boga, żeby dał parę dni ładnej pogody. I była. (...) I proszę sobie wyobrazić, dociągnąłem ostatnie kreski, tuż przed południem i równo o godzinie 12 lunął deszcz”.


Historia mrozi krew w żyłach. Czujemy jakbyśmy tam byli, choć właśnie jesteśmy w Palolem, na plaży robimy instalację. Z Nespoon oczywiście. 








czwartek, 18 października 2012

POTYCZKI POTIKSA

Do poczytania i przemyślenia ciekawy tekst Potiksa. Człowieka, który w dobrym momencie zrozumiał co i jak się nazywa i jak się z tego wymiksować. Jak przyznaje: kiedyś mi było bliżej, ale odkąd się okazało, że jest taki tęczowy (street art) to się nie przyznaje. I nie chodzi tu o tęczową symbolikę ruchów równościowych i spółdzielczości a raczej o pewną przenośnię (tak ja to rozumiem) dotyczącą wystylizowanego mainstreamu. 

Potiks pisze kilka rzeczy, które są dosyć istotne: Proporcjonalnie ze wzrostem zainteresowania publicznego maleje jakość i świeżość klimatu “ulicznego”. Można dodać nawet, że z tego "steet art'u" street w ogóle zniknął, a art jeszcze się nie pojawił.

Wydaje się, że do mówienia ludowi o writingu, bombieniu, panelach itd, żadna publikacja tego typu po prostu nie będzie dobra. Lepiej było by pozostać w ograniczonych, wyspecjalizowanych tematach strit artowych, niż starać się ogarniać wszystko co się na ulicy zadziało. - Też się z tym zgadzamy. Definicje bombingu i taga nie są nikomu potrzebne. Samemu writingowi mogą wręcz zaszkodzić, dając ludziom wiedzę o wrogach społeczeństwa...O to wg mnie MR chodzi od samego początku (zabieg z KRAC'em w pierwszej części też miał pokazać imię i złą twarz tego co jest najgorsze i najbardziej niebezpieczne). 

Teksty Cezarego trochę tracą będąc w tej publikacji, a publikacja zyskuje będąc w posiadaniu tych treści. A teksty Cezarego nie tracą raczej, bo ich delikatna pretensjonalność dodaje pikanterii albumowi dla odbiorcy masowego. W publikacjach stricte branżowych byłyby trochę śmieszne.

Nowych twarzy niema, bo w dobie internetu przymiotnik “stare” nadawany jest już w 2 sekundzie netowego bytu.  Nowych twarzy nie ma, bo nie ma i już pewnie w takim rozumieniu street artu nie będzie. Będą nowi artyści czerpiący lub opierający się na doświadczeniach ulicy czy graffiti, ale light-pop-stars znikną powoli, muralując okolicę przez najbliższe lata. 


Ci co już byli porobili parę nowych pracek i tyle. I tak jak pisałem - Potiks dobrze mówi, ale to jest najgorsze zdanie w tym tekście. Dopóki sami twórcy street art'owi będą mówić "pracki" o swoich dziełach dopóty nic się nie zmieni i nikt ich za artystów nie będzie uważał. Dopóki sami siebie nie szanują jako artystów i boją się tego, to nie ma szans, żeby zdjąć z nich odium uliczne i przesunąć o poziom wyżej. 

Bo jak  chcesz być artystą to musisz się zdecydować. Ulica jest ważna, ale salon ważniejszy...

Pozdrawiamy

środa, 17 października 2012

CZY MURAL TO GRAFFITI

Na stronie dziennika polskiego można zapoznać się z przemyśleniami i podejściem do graffiti malarza wielkoformatowego znanego jako IMP2K - autora ogromnych kiczowatych malowideł "silva rerum" czy "smok wawelski".

Jerzy odpowiada na kilka podstawowych pytań. Czym się różni mural od graffiti? Albo Co daje mural miastu?

Dowiadujemy się, że Jerzy "unika prób klasyfikacji przejawów sztuki ulicznej". No super, tylko dlaczego takie pytanie pozostaje na zawsze bez odpowiedzi. Czy może ktoś w końcu powie, że nie można porównywać graffiti i muralu bo to jakby porównywać malarstwo romantyczne z płótnem. Graffiti to kierunek w malarstwie, nurt w sztuce. Natomiast mural jest rodzajem malarstwa ściennego, wielkoformatowym dziełem. Może być mural w stylu graffiti, może być mural w stylu zakopiańskim i nawet jeżeli będzie namalowany sprayem to nie będzie graffiti.

Co do samych murali to artysta imp2k (czyt. IMPDWAK) uważa, że murale są naturalną i nieskrępowana estetyką miasta. No tak, też niedawno się o tym dowiedzieliśmy oglądając dziesiątki nieskrępowanych murali promujących historię Polski (w tym murale impdwaka). Przy okazji zaznacza, że: Portretując ludzi takich, jak Adam Małysz czy Jan Paweł II podtrzymuje się te cudowne i niepowtarzalne emocje, jakimi nas obdarowywali. Jest jeszcze wiele takich osób (głównie sportowców) które mam w głowie i które kiedyś – mam nadzieje – zostaną namalowane na murach Krakowa. Sport daje najczystsze i najpiękniejsze emocje. To one warte są podtrzymywania. Możemy się więc szykować na kolejne fotoreale z "naszymi bohaterami", które upiększą miasto i tchną życie w zapyziałe podwórka. Coś jak pamiętny hymn "pompuj kolor" czy jakoś tak.

Na koniec jeszcze jedno zdanie - wyrwane z kontekstu oczywiście. Podejście ludzi do graffiti i street artu zmienia się, staję się bardziej otwarte i obiektywne. Jeśli coś się staje bardziej otwarte to znaczy, że się staje bardziej subiektywne. Otwartość sugeruje dopuszczenie pluralizmu w interpretacji danego zjawiska.

Zapraszamy do dyskusji na ten temat i kolejnych prób definiowania tego czym jest graffiti.




PRZEDRUK Z Bilda

Wrze na wallach. Wrze w garnku naszym. Polecamy lekturę postu Przemka z UrbanPirates, która nam kilka dni temu jakoś umknęła. Skrót poniżej:

Jak grom z jasnego nieba pojawia się informacja, że już na dniach premiera drugiej części albumu Polski Street Art. W jednej chwili przypomniałem sobie pierwszą część, zaraz potem słowa znajomych, którzy byli częścią tego albumu, że nigdy więcej, że wyszedł klops jakich mało, że autorom pomieszały się proporcje w ilości przyznawanego miejsca. (...)
Zdaję sobie sprawę, że zaraz pojawią się głosy, że jestem typowym zawistnym Polaczkiem,(...) że się nie załapałem do albumu. (...)
Wszedłem na stronę albumu, zerknąłem na fragmenty tekstów. No właśnie. Na samym początku informacja, że graffiti i street art bez siebie nie istnieją. Jak to?! Mam jakieś dziwne wrażenie, że w Polsce to streetart wybił się na plecach graffiti. Że streetart daje wolność (a graffiti to niby nie?). (...) Jakiś czas temu przeprowadziłem się ze Szczecina do Warszawy. I przyznam szczerze, że ja tego street artu w obu tych miastach zbytnio nie zauważyłem. (...) Najlepszy street art jaki spotykam czasami, to ten w przejściach w metrze. A to gra pan na akordeonie, a to pani na skrzypcach (uwielbiam). Oni wydają się jacyś tacy... autentyczni. Nie to co ta reszta. Za dużo art za mało street. Niemal jak w klasyku WYP3.
Co istotnie, zarówno w Szczecinie jak i Warszawie widziałem sporo graffiti. Więc jak to jest? Co nie może żyć bez czego? Co jest szczere i autentyczne, a co jest trampoliną w tzw. karierze pana artysty. Polski street art (poza kilkoma wyjątkami, głównie starymi wyjadaczami, którzy tylko potwierdzają regułę) jest mega słaby i zakłamany.

Zgadzamy się bardzo i cieszymy, że nasz głos, który był niekoniecznie zrozumiały jeszcze rok temu czy dwa teraz jest mainstreamem.





OŚWIADCZENIE DO OŚWIADCZENIA DO OŚWIADCZENIA

Niniejszym uroczyście oświadczam wam się, że przeczytałem oświadczenie vlepvnetu do oświadczenia MR & ED i je tu przytaczam niczym kamień syzyf.

Oświadczamy niniejszym, że Marcin Rutkiewicz kłamie oświadczając w swoim oświadczeniu, że w V9 na wystawie Ghosts Become Real doszło do publicznego spalenia jego książki. Fakt taki nie miał miejsca. Marcin nie był na wystawie, a tylko zobaczył jedno zdjęcie w internecie i na jego podstawie coś tam sobie uroił. Publiczne wypowiadanie się na temat wystawy i instalacji artystycznej, których się nie widziało jest świetnym przykładem niekompetencji, oraz powierzchownego i grubiańskiego traktowania sztuki, w czym Fundacja Sztuki Zewnętrznej specjalizuje się nie od dziś. Oświadczamy jak było na prawdę: album spłonął sam, prawdopodobnie ze wstydu, że jest taki beznadziejny. Ghost Become Real prezentuje dosyć radykalne podejście do sztuki publicznej, a jako, że nie mamy w zwyczaju cenzurowania prac zaproszonych artystów, w tym przypadku też nie robiliśmy wyjątku.

Oświadczamy też, że V9 otwarte jest od wtorku do niedzieli między 12 i 22, można sobie przyjść i obejrzeć całą wystawę, Marcin!

Wspaniały, dość mocny, acz w lekko żartobliwym i frywolnym stylu tekst oświadczenia [v] pokazał się wczoraj wieczorem. I bardzo dobrze, że się ukazał właśnie w takiej krótkiej, znaczącej formie. Nie padają inwektywy czy porównania, a oświadczenie nawiązuje tylko do obiektu wystawionego podczas wystawy Ghosts Become Real. Wszyscy już myśleliśmy, że sprawa (jak to bywa w internecie) ucichła tak szybko jak się narodziła, ale widać że konsekwencje niektórych gestów pozostają aktualne. 

Dla nas to oświadzczenie jest o tyle ważne, że sami staramy się nie bywać na wystawach, o których piszemy, bo mamy przerośnięte ego i wydaje nam się, że jesteśmy bezstronnym obserwatorem.

Czekamy na następny krok z którejś ze stron, a jest ich więcej niż dwie.





poniedziałek, 15 października 2012

MR.ED JUMPS THE GUN

Dziś poza skandalem związanym z obrażeniem się firmy AMS na kuratorów wystawy Warszawa w budowie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej obiegła świat druzgocząca wiadomość. Otóż przestaje wychodzić PRZEKRÓJ w papierowej wersji. I w związku z tym chcielibyśmy nawiązać do ostatnich lat tego szacownego pisma, na którego redakcyjnej stronie ukazywał się mini dział - "o tym nie piszemy". I tak właśnie odnosząc się do tego tytułu nie napiszemy o dzisiejszym oświadczeniu Fundacji Sztuki Zewnętrznej. Oświadczenie dotyczy oburzającego (oburzonymi są tym razem MR i ED) zdjęcia podpalonego czy nadpalonego egzemplarza albumu Polski Street Art (vol.1) . Nie napiszemy o przedłużonej wersji oświadczenia, pełnej smaczków dla wszystkich głodnych skandalu na miare polskiego street artu

Przedłużona wersja niestety zniknęła bardzo szybko z bloga FSZ.

Sosm się ugiął i po wpisie MR na swoim fanpagu nie wrzucił tego tekstu w całości. Vlepvnet póki co milczy, a my moglibyśmy o tym napisać, bo oczywiście mamy skopiowany ten tekst. Tekst porusza wiele wątków, od finansowania street artu, przez prawa autorskie i prawa do wykorzystywania zdjęć prac nieznanych autorów, aż po kwestie cenzury i manipulacji kulturą. Postawienie autorów i kuratorów w tym samym rzędzie co wielkie totalitaryzmy XX wieku było może nie tyle nadużyciem, co niezrozumieniem intencji artystów. Licentia poetica pozwala na bardzo wiele i nie zawsze są to gesty przyjazne wszem i wobec. Uważamy, że oburzenie MR & ED było zbyt osobiste i wynikało z powierzchownego obejrzenia wystawy (w internecie). Pisząc o tym, że nie podobają nam się niektóre prace Swanskiego i mechanizmy ich powstawiania, nie znaczy, że go nie lubimy jako Pawła, albo nie cenimy za niektóre skillsy i umiejętności. Nadpalona książka jako eksponat na wystawie mogła symbolizować tzw. polski street art, a niekoniecznie występować jako album "Polski Street Art".   Taki eksponat mógł symbolizować walkę graffiti vs streetart i był wycelowany w ładne, grzeczne obrazki dla mas. Taki gest mógł być przedłużeniem grafficiarskiej ręki i stawiał energię niszczącą nad budującą. Mógł sugerować, że z tym zjawiskiem (polski street art) jest coś nie tak nie tylko dla tych mędrców z UH (zakompleksieni poststreetartowcy i dziennikarze bez umiejętności).

Pozostawiam to każdemu z was. Pozostawiam was lekturze UH i innych ważnych głosów. Do zobaczenia na premierze PS2.

Poniżej prawdziwe zdjęcie z wystawy.


czwartek, 11 października 2012

MIĘDZY ANARCHIĄ A GALERIĄ CZYLI NA FESTIWALU

Od czasu zapowiedzi nowej płyty Afromental nie czuliśmy takiego podniecenia. Nie będziemy ściemniać - jaramy się. Druga część legendarnego albumu, biblii polskiego street artu, kompedium wiedzy o tym co na murach i ścianach doczekała się kontynuacji. Niektóre portale przyrównują to wydarzenie do drugiej części filmu - to żart. Przecież Bibilia nie miała kontynuacji i nie mądrzyjcie się ze starym i nowym testamentem, w końcu wydają to w jednym tomie! Ad meritum- POLSKI STREET ART CZĘŚĆ 2 / MIĘDZY ANARCHIĄ A GALERIĄ zadebiutuje 17 października! My czekamy. Ale, że też jesteśmy niecierpliwi to zaglądamy do strony internetowej z zajawkami.Mieliśmy więcej nie pisać, ale nie wyszło. 

Dobra, najpierw podtytuł, początkowo zastanawialiśmy się gdzie to jest. To znaczy to mityczne między „Anarchią a Galerią”. Ale już wiemy- dzięki okładce. To między jest na festiwalu, a raczej na zleceniu. Ściana Cekas/Lump z Lublina taka reklamowa akcja miasta z koziołkiem w herbie. Fajny wybór okładki. Zlecenie (niemal) komercyjne jako symbol polskiego street artu! Szczerze, czujemy to i zgadzamy się z niespoon, Dymną i Rutkiewiczem. Nie podejrzewaliśmy ich o taką dozę ironii i puszczania oka do publiczności! Super! Piona! Jest dobrze. 

Popatrzmy więc na teksty, bo na obrazki się nie da (hehehehe):

...podział na „dobry street art” i „złe graffiti” ma się, nie bez racji, świetnie. Niestety, jedno bez drugiego nie istnieje; co więcej, graffiti i street art są na głębszym poziomie jednym i tym samym zjawiskiem, manifestacją tej samej energii. 

Żeby się przyczepić to graffiti ma się świetnie bez street artu i go nie potrzebuje. Bo po co? Ktoś chyba był na dużo głębszym poziomie niż my. Street art i graffiti można uznać za to samo jeżeli mówimy, że występuje w mieście albo na ścianach, albo że jest umieszczane przez człowieka. Ale w swoich założeniach to są dwa zjawiska z dwóch różnych biegunów . I właśnie ten podział ma się najświetniej  (zgadzamy się z autorami!) Street art jest "dobry" a graffiti "złe" i nie chodzi tu o odczucia odbiorców tylko o odczucia twórców - street art to coś ładnego, ciekawego, mądrego - graffiti to agresja, wandalizm i zniszczenie. Nie bójmy się tego. Znaczy: bójmy się! 

Problem postrzegania miasta w kategoriach estetycznych jest o tyle istotny, że to właśnie w tym kontekście pada zwykle pytanie, czy istnieje jakiś sposób na owo złe graffiti. Owszem, istnieje jeden sposób, i to stuprocentowo skuteczny. Trzeba je polubić. W innych wypadkach, olbrzymim wysiłkiem, można je tylko mniej lub bardziej ograniczać. 

To jest głębokie. Zgadzamy się. Trzeba je polubić. Koniecznie nawet! Nie ważcie się nie lubić i wchodzić w dyskusję, że może wcale nie trzeba go lubić. MUSISZ LUBIĆ! LUB TO. Lubi to Marcin Rutkiewicz, Nespoon i 409 innych osób. Na przykładzie powyższego zdania niektórym artystom urażonym naszymi postami postanawiam wytłumaczyć co to jest ironia. Otóż ironia to taki zabieg językowy, stylistyczny używany w gatunkach typu satyra, felieton itp. Chcąc uwypuklić jakiś pogląd lub wypowiedź wyolbrzymiamy lub używamy sformułowań o przeciwnym znaczeniu. Np. "Tagi i throw-upy naprawdę ładnie ozdabiają ściany okolicznych bloków" - tu chcemy powiedzieć, że w rzeczywistości nam przeszkadzają i szpecą ulicę. Więc wracając do wątku PS2 - graffiti nie jest po to żeby je lubić i ono tego nie chce. Jak sokiści zaczynają gonić writerów, to ci nie przekonują ich, że będzie ładniej i fajniej, tylko albo kończą mając "wyjebane na mundurowych" albo robią cokolwiek, co jeszcze bardziej ich rozjuszy - gaz, wyzwiska itp. Jak się policja na komendzie pyta - "I co panie artysta? Chciałeś ozdobić blok?" to nikt mu nie powie "tak" - chyba, że użyje ironii! 

"Faktem jest natomiast, że prawdopodobnie pierwsze nielegalne dzieło o charakterze streetartowym w Polsce stworzył w 1970 r. w Warszawie Włodek Fruczek. Niemal dokładnie w tym samym momencie w Nowym Jorku Taki 183 dawał początek subkulturze graffiti." 

Tak. Czepiając się dalej: o Takim napisano artykuł a „subkultura działała, nawet wcześniej w Filadelfii niż w NY, na pewno wiecie o Cornbreadzie, Cool Earlu i Top Cat'cie." Rozumiemy upraszczacie tak dla uogólnienia, żeby ten Nowy Jork już na zawsze się kojarzył z graffiti. Faktem jest prawdopodobnie, że bardzo możliwie, iż jest to bzdura. Tak na marginesie, to Os Gemeos, też są Polakami, skoro są Brazylijczykami z Litwy.

Człowiekowi z zewnątrz, który nigdy nie wdychał zapachu wilgotnych podkładów kolejowych zmieszanych z chemiczną wonią farby, nie przeżył wschodu słońca na bezludnej podmiejskiej stacji, nie wsłuchiwał się godzinami w nocne odgłosy bocznicy kolejowej albo nie leżał kilka godzin na zmoczonym deszczem dachu w oczekiwaniu na dogodny do malowania moment, naprawdę trudno pojąć uczucia z tym związane. (...) 

UWIELBIAMY za romantyzm jak u Wabika. 

Ale na poważnie. Czemu tyle tekstu poświęconego graffiti nie znalazło się w pierwszej części naszej Biblii, albo w albumie Polskie Graffiti. Przecież ten temat powinien być omówiony wtedy? A nie był? Teraz nadrabiamy zaległości - lepiej późno niż wcale. Chyba...Tak na poważnie- czekamy i sądzimy, że będzie to lepsze wydawnictwo niż poprzednie. W końcu jest o dychę droższe, więc będzie lepsze. W zapowiedziach widzieliśmy prace Roskowińskiego, Aqualoopy, Maniaca i tak - niespoon. 

Mamy tylko nadzieję, że ta fotografia z hieroglifami i z wydrapanymi dwa stulecia temu cegłami nie oznacza, że gdzieś tam kryje się zdanie o tym jak to graffiti jest tożsame z odwiecznym pisaniem po murach i sięga starożytności kiedy to pierwszy człowiek itd itd. Powiedzcie, że tego tam nie ma. 

Zastrzegamy, że w swojej ignorancji i złośliwości bazowaliśmy tylko na fragmentach tekstów, bo jakoś nie dostaliśmy pełnego wydania by móc przed premierą przygotować rzetelną i obiektywną recenzję. 

Widzimy się 19 w Kwidzyniu na premierze.


środa, 10 października 2012

DALIŚMY SIĘ ZWABIĆ

Oto wpis na wallu niejakiego Artura Wabika, artysty romantycznego, raczej cichego, nieznacznego. Do tej pory wydawał być się nieszkodliwy i poboczny. Jednak najbliższy tydzień może skierować światła jubilerów prosto na niego. Gratulujemy lineu-upu! Jesteś prawie jak M-city - ciągle w podróży jak MosDef-murzyn (smarki smark).

Jutro o 17:00 zaczynamy malować mural na tegoroczny Conrad Festival (przy ul. Józefińskiej w Krakowie). We czwartek wybieram się do Warszawy na Premiera publikacji "Polski Street Art cz. 2", zaś w piątek prowadzę Piątkowe Spotkania z Komiksem 25: Na gorąco po Łodzi - Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Małopolskie Studio Komiksu. Serdecznie zapraszam na wszystkie wydarzenia!

NeSpoon Polska, Dariusz Paczkowski i 10 innych osób lubią to.

Patryk Poslednik: Że po Tobie Universal Hating nie jedzie to az dziwne...

Dzięki Patryk, kupiłeś sobie tydzień spokoju.










wtorek, 9 października 2012

GRAFFITI PRZEZ DUŻE GU

Nastały czasy hardkoru, niezrozumienia świata, mroku i smrodu padliny. Nastały czasy takie, że ja naprawdę nie wiem, czy może jednak zacząć malować czy dalej hejtować. Ominął mnie niestety kolejny konkurs w którym z bratem bliźniakiem (chcemy być elbląskim os gemeos) mogliśmy wziąć udział. Tym bardziej, że brat chodził do szkoły w Szczytnie. 

Przeczytaliśmy właśnie taki anons na stronie wirtualny płock

„Nuta historii, powiew twórczej teraźniejszości przepisem młodzieży dla Płocka Przyszłości”. Taki tytuł ma projekt realizowany przez Fundację Odnowy Zabytków Płocka im. Bolesława Krzywoustego oraz Komendę Miejską Policji w Płocku. Projekt jest dofinansowany przez Fundacje „Fundusz Grantowy dla Płocka” i realizowany w ramach V edycji konkursu grantowego. 

Brakuje tylko melodii jakiejś dobrej i pierwsze miejsce w Opolu na debiutach z takim tekstem gwarantowane. Ale nie o pieśniarstwie tu a o malarstwie. Więc jest i Król i Policja i Konserwator Zabytków. Jest też fundusz, który dba o nagrody. Zastanawia tylko co w ostatnim zdaniu powyższego cytatu oznacza tajemnicze "V". Ale płockich koneksji nietrudno się doszukać w streetartowym półświatku.

Uderza już pierwsze zdanie notki prasowej: Na murach niektórych budynków w Płocku, od kilku tygodni mieszkańcy mogą oglądać kolorowe graffiti. No tak, wcześniej nie mogli oglądać, bo było nieusankcjonowane prawnie. A teraz nie dość, że w końcu mogą to nawet niestety muszą.

Kolejny cytat wyprowadza naszą fantazję na głębokie wody absurdu niczym Primus na płycie "Sailing the seas of cheese" albo John Cleese i Michael Palin w drewnianym króliku. 

"...przedstawiciel Policji zapoznał uczestników z odpowiedzialnością karną za niszczenie mienia, natomiast Pani Dorota Dądzik zapoznała nauczycieli i wychowawców z formami i metodami, które zastosować można podczas lekcji z zakresu ochrony zabytków. Podczas warsztatów ogłoszony został również konkurs dla młodzieży na projekt graffiti.... Jedną z nagród była możliwość zrealizowania zwycięskich projektów na murach budynków." 

Więc tak jak Sir kilkanaście lat temu malował dla warszawskiej komendy telefon donosiciela, tak teraz ty młody streetartowcu mogłeś pochwalić się jak to jednocześnie można malować graffiti, nie malując graffiti.

Namalujmy więc pod okiem Policji graffiti, które będzie mówiło o jego szkodliwości i chroniło budynki przed aktami wandalizmu. Logiki za grosz.

Płock jeszcze nie raz nas zadziwi!